wtorek, 28 grudnia 2010

I minął prawie rok...

Mam nadzieję, że mieliście Państwo udane i spokojne Święta Bożenarodzeniowe :)

Co to był za rok… uch! … wierzcie mi czy nie, ile razy próbowałem usiąść przed laptopem i podzielić się choć kawałkiem swoich wrażeń implantowych…

Po pierwsze znienacka mnie dopadała choroba, z kolei zlecenia niecierpiące zwłoki wciągają mnie w niekończący się wir roboty, a tu pilna pomoc jest komuś potrzebna, nie mówiąc już o czasie dla najbliższych. Ale z każdym krokiem towarzyszyły mi odkrycia nowych dźwięków, oswajanie się z nimi, i wreszcie przejście z nimi na „ty”. Zamiast rocznego podsumowania chciałbym zamieścić wiersz, który napisałem w trakcie mojego liceum, a więc jeszcze na długo wcześniej zanim poznałem uroki cybernetycznych dźwięków.


„Mój słuch”
Przez ten mój niedosłuch
nie znam nikogo ze słyszących,
prawie nikogo na całym świecie
kogo mógłbym
zrozumieć.
Po prostu dźwięk ucieka mi w nicość
w tak szybkim tempie,
że nie potrafię za pomocą uszu
uchwycić żadnej litery
ułożonej w słowa,
słowa w zdania
i wreszcie zdania w całą rozmowę.
Jest mi obcy śpiew ptaków barwnych,
szum mórz błękitnych
dźwięk pięknej natury.
Nie poznaję
głosu żadnej osoby,
nawet brzęku
tłukących się szklanek z talerzami.
Czasami dźwięk potrącanego garnka
wydaje mi się taki sam
jak wołanie mnie samego
Czasami szelest zwykłego papieru
wydaje mi się równy szumowi
rzek płynących do mórz.
Śpiew każdego ptaka
jest dla mnie jednakowy
Nie potrafię
odróżnić muzyki
od zwykłej rozmowy.
Wszyscy rozmawiają,
Ja słyszę zupełnie inny świat.


Jak zatem ocenić ten wiersz z aktualnego cybernetycznego punktu widzenia? Bariery zawarte w wersach rozpoczynające się od „Jest mi obcy śpiew ptaków barwnych” do „Nie potrafię odróżnić muzyki od zwykłej rozmowy.” mogę z czystym sumieniem i z wielką radością uznać za pokonane. Uchwycenie liter, słów i rozmów oraz ułożenie ich w logiczną treść idzie w dalszym ciągu z dużym wysiłkiem oraz z różnym efektem. Czeka jeszcze mnie wiele pracy z nauką „nowego” języka słuchowego. Najlepsze i dające najwięcej radości osiągnięcia z implantu dają mi rozmowy z moim synusiem Filipkiem. Początki treningu z nowym słuchem zbiegły się z okresem, kiedy Filipek rozkręcił się ze swoim słownictwem. Zatem jego mowę odbierałem praktycznie tylko z pomocą nowego słuchu. Wydaje mi się, że łatwość odbierania mowy Filipka wynika między innymi z faktu, iż mózg interpretował jego mowę praktycznie tylko drogą cybernetyczną. Nie było więc konieczności „przeprogramowywania” mózgu z trybu rozumienia tylko poprzez aparat słuchowy na tryb rozumienia w trybie „duetowym”. Nierzadko się również zdarzało, iż rozumienie całkiem nowych osób były znacznie lepsze niż osób, które znałem dłuższy czas. Mam wrażenie, jakby mózg widząc znajome twarze, odruchowo interpretował słuch wciąż na podstawie starego „kodu” słuchowego, który nie pasuje do rozumienia przez implant słuchowy i w konsekwencji cały system rozumienia zostaje zaburzony. W podsumowaniu - z dźwiękami otoczenia już prawie jestem na „ty” ale jeszcze czeka mnie wiele pracy nad rozumieniem mowy. Jednego jestem pewny: w dalszym ciągu słyszę zupełnie inny świat… nie tylko w odniesieniu do zdrowego ucha, ale także w porównaniu ze słuchem w aparatach słuchowych. Ważne żeby wyciągać z życia tyle ile się da i umieć się z niego cieszyć.


Pierwszy kwartał kolejnego roku zapowiada się niestety na bardzo burzliwy w robocie… objęcie nowego stanowiska ze znacznie poszerzonym zakresem obowiązków, nadchodzący gorący sezon w branży, ostatni rok aplikacji na biegłego rewidenta… uff! Wiąże się to ze znacznie ograniczonym czasem prywatnym i w konsekwencji może dojść do chwilowego przestoju w aktualizacji bloga. Cóż, nic nie zostało jak silnie brnąć przed siebie niczym dobrze rozpędzony lodołamacz i nie pozwolić, aby żadne kry nie zatrzymały cię, gdyż przy utraconym impecie niełatwo jest przełamywać kolejne lody i dotrzeć do upragnionego celu. Byle do wiosny! :)



I oczywiście życzę wszystkiego dobrego w nadchodzącym Nowym Roku! :)

Wywiad z grudniowego wydania "Słyszę"

Choć w aktualnym wydaniu "Słyszę" zabrakło moich wpisów ze względu na chwilowe "zawieszenie" w blogowaniu, gorąco zachęcam do zapoznania się z arcyciekawym wywiadem z Agatą Jurkiewicz poświęconego doświadczeniom związanym z nauką słyszenia przez implant.

Milej lekutury! :)

niedziela, 24 października 2010

Liści szum...

Na dłuższym spacerku z synusiem... byle jak najdalej od miejskiego zgiełku i nieustannego wyścigu z czasem...  Nagle czuję na twarzy ciepłe migoczące promienie słoneczne, odruchowo przymykam oczy korzystając w pełni z jej uroków... po chwili otulają mnie lekkie i miękkie dźwięki niczym muśnięcie delikatnymi liścmi duszę... podnoszę powoli powieki i oczom ukazuje mi się kolejny cud natury...  

Wcześniej, tylko w aparatach słuchowych, praktycznie mogłem w tym przypadku cieszyć się tylko oczami... a teraz mam podwójny miód duszy ;) Choć do ideału w rozumieniu mowy jeszcze mam daleko, to już teraz wiem, że przynajmniej dla dźwięków otoczenia nigdy nie zrezygnuję z hybrydy :)))

poniedziałek, 18 października 2010

Czwarta część blogu w "Słyszę"

Z przyjemnością informuję, że została wydana kolejna edycja dwumiesięcznika "Słyszę" z trzecią częścią mojego bloga ( http://www.sponin.org.pl/slysze/index.php?d&id=123 ).


Życzę miłej lektury! :)

niedziela, 3 października 2010

środa, 8 września 2010

Wykłady / warsztaty "Przełamać bariery komunikacyjne"

Mam przyjemność zaprezentować listę prowadzonych przeze mnie wykładów / warsztatów kompleksowo omawiających wszelkiego rodzaju kwestie związane z ubytkiem słuchu, poruszania się w świecie ludzi słyszących i sposobów łamania barier komunikacyjnych. Wszystkie prezentacje są oparte tylko na praktycznych doświadczeniach zarówno własnych jak i innych osób niesłyszących. Dodatkowo istnieje możliwość własnego zorganizowania salki i ekipy na potrzeby grupowych warsztatów na terenie Katowic oraz uzyskania kompleksowej obsługi diagnostyczno- terapeutycznej we współpracy z Centrum "In Corpore".

Szczegóły w zakładce "Wykłady / Warsztaty" w górnym panelu strony.

Serdeczności! :)

sobota, 4 września 2010

Deaf.pl - Gorąca dyskusja

Na forum Deaf.pl (http://www.deaf.pl/index.php/topic,12858.0.html) pod tytułem "O implancie - bez różowych okularów... " zawrzała ciekawa i gorąca dyskusja o implantach... warto sobie poczytać.

Jak dla mnie: implant jest dla tych, u których inne technologie nie dały zadowalających efektów ale i nie brakuje im chęci do słyszenia oraz korzystania ze słuchu i mogą wiele z siebie dać... Oczywiście nie pomijąjąc szereg innych istotnych czynników kwalifikujacych do implantowania jak rodzaj ubytku, czy moment utraty słuchu etc. etc. etc. (co już jest tematem-rzeką :). Pewien zdrowy dystans jest także niezbędny- niemniej jednak bez wiary w swoje możliwości, chęci słyszenia i determinacji w rehabilitacji implant będzie jedynie kawałkiem metalu zamieszczonym za uchem a nie bezcennym wsparciem we świecie dźwięków. Sam do końca nie jestem jeszcze przekonany, czy dzięki hybrydzie będę w stanie osiągniąć największe marzenia słuchowe ale już teraz wiem, że dochodzi do coraz częstszych sytuacji, że hybryda mi dużo bardziej pomagaja niż same aparaty... pomimo, że i są sytuacje gdzie gorzej rozumiem niż w samych HA ale nad tym wciąż pracuję :)

Dziś przy wspólnym z synusiem przygotowaniu obiadu nagle padła mi bateria w hybrydzie i momentalnie poziom zrozumienia spadł mi do niemal zera... po prostu szok! Chyba mózg już coraz bardziej przychyla się ku cybernetycznym dźwiękom i całkowicie się pogubił gdy były wrażenia tylko z HA. Również brak implantu żonce bardzo irytuje... lepszego dowodu na lepsze słyszenie chyba nie ma :) A ten niesamowity szum liści muskanych przez jesienne podmuchy wiatru... dla nich na pewno nigdy nie porzucę hybrydy :)

P.S. Nie, nie będzie białej plamy w kontynuacji blogu - już powoli rozbudowuję "majowe" opowieści :)

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Trzecia część blogu w "Słyszę"

Z przyjemnością informuję, że została wydana kolejna edycja dwumiesięcznika "Słyszę" z trzecią częścią mojego bloga ( http://www.sponin.org.pl/slysze/index.php?d&id=122 ).

Życzę miłej lektury! :)
 
P.S. Z różnych przyczyn doszło do przerwy w publikowaniu kolejnych cybernetycznych opowieści. Robione są jednak na bieżąco "serwetkowe" notatki więc ciąg dalszy nastąpi wkrótce... :) 

Serdeczności!

sobota, 17 lipca 2010

Nowy image

Ze względu na ciągłą rozbudowę bloga zaszła konieczność drobnej zmiany struktury strony. Wkrótce będą pojawiać się nowe strony poświecone CI. Również tekst został lekko przeredagowany w celu zwiększenia czytelności. Dodano także kilka linków i zewnętrznych blogów. Mam nadzieję, że aktualny blog będzie równiez bardziej przyjazny w nawigacji. W razie jakichkolwiek uwag-  komentarze zawsze mile widziane :)

„Hybrydy” miesiąc czwarty (kwiecień 2010)

Czuję lekki powiew wiatru, chmury rozrzedzają się powoli i oczom ukazują się dawno zapomniane ciepłe promienie słoneczne. Wiosna powoli zakrada się do progów naszego domu. Zatem najwyższy czas pomyśleć o przygotowaniu ogrodu na przywitanie pierwszych ciepłych dni. Wyciągamy zakurzone narzędzia ogrodnicze wszelkiej maści, więc stawiam czoła nowym akustycznym przygodom: intensywny warkot piły tarczowej, donośny świst szlifierki, silne udary wiertarki wraz z całym wachlarzem innych towarzyszących im dźwięków, takich jak ostre tarcie piły o drewno, delikatny stukot rozsypujących się wiór czy wściekłe świsty iskierek tryskających ze szlifierki. W aparacie słuchowym w zasadzie przygoda się kończyła na samym delikatnym szumie silnika elektrycznego wyciszanego przez aparat ze względu na wcześniej wspomnianą funkcję „peak- cut”.

Do tego dochodzi cała masa wyjątkowo brutalnych i irytujących odgłosów budzących się do wiosennego życia ptaków. Są one dla mnie najbardziej metaliczno- elektryczne i wybitnie drażniące wrażenia jakie miałem do tej pory. Odczuwam to tak, jakby ptaki siedziały wewnątrz mojej głowy i dziobały mózg. I jak czerpać przyjemność z tych dźwięków? - zastanawiam się. Ile wierszy zostało napisanych o ich ponoć pięknym śpiewie. Jakiś czas później z ciekawości zerkam na „mapowanie” dźwięków na audiogramie. 





Już znacznie lepiej odróżniam głosy różnych osób, i to niemal bez wysiłku czy skupienia. Zróżnicowanie zrobiło się na tyle duże, że stopień rozumienia ze słuchu bardzo uzależnił się od barwy i głębokości głosu. Jak już wspomniałem, znacznie trudniej mi zrozumieć osoby z niskim, basowym głosem. W aparacie słuchowym jakość dźwięku nie miała tak istotnego znaczenia ze względu na dominującą rolę odczytywania z ust i raczej monotonny poziom głębokości głosu.

Od kiedy Filipek chodzi do przedszkola, regularnie przynosi do domu coraz to nowe fascynujące wyrazy. Dzięki temu dostarcza mi intensywnego treningu w słuchaniu. „Brudna, tutaj brudna ściana, malować, tatuś będzie malował” „Mucha, tutaj i tutaj była mucha, robiła bzzzz”. Nie ma jeszcze zbyt wyartykułowanych ruchów ust, dzięki temu zmusza mnie do maksymalnego skoncentrowaniu się na słuchu i wytężenia umysłu. Na szczęście jest bardzo cierpliwy i nieraz powtarza wszystko wielokrotnie, aż do skutku.

Kolejna wizyta rehabilitacyjna w Kajetanach przypada na połowę kwietnia. Po raz pierwszy zabieramy się do ćwiczeń rozpoznawania głosek. Na początek przeprowadzamy ćwiczenia rozpoznawania tylko drogą słuchową wyrazów z zamkniętego katalogu słów (dni tygodnia, dni miesiąca, cyfry itp.). Nie idzie mi to w sumie źle, co jest efektem wcześniejszego nabycia umiejętności rozumienia słów na podstawie szczątkowych informacji. Dodatkowo, podany zakres słów jaki będzie stosowany w ćwiczeniach, znacznie podwyższa poziom rozumienia. Niemniej jednak ze względu na szersze pasmo odbieranych dźwięków ćwiczenie to pozwala mi uzupełnić kilka luk w układance dźwięków i dzięki mniejszej ilości „białych plam” w wysokich tonach efekty rozumienia są znacznie lepsze. Dużo trudniej rozróżnić wyrazy bardzo zbliżone do siebie (np. buk-byk, maska-miska, kora-kura etc.). Do tego dochodzą nowe ćwiczenia rozróżniania samogłosek (typu: BAB, BUB, BEB etc.). Pewne specyficzne samogłoski - takie jak np. „I” czy „A” - dają się lepiej zrozumieć. Natomiast z rozumieniem reszty samogłosek kompletnie mi się rozsypało. „O” jest niemal identyczne jak „E”, podobnie mylą mi się „Ą” z „Ę” jak i „U” z „Y”. Dostaję również rzucony na głęboką wodę ze spółgłoskami (typu APA, ATA, AGA etc.). Tutaj na start rozpoznawalność jest niemal zerowa… Oj, będę musiał się mocniej przyłożyć do przeprogramowania mózgu.
I jak z niego wynika, odgłosy ptaków zaliczone są do grupy dźwięków zarówno o najwyższej słyszalnej częstotliwości jak i o najmniejszym natężeniu. Leżą one więc praktycznie w najodleglejszym do odkrycia obszarze audiogramu. Wygląda zatem na to, że w ogrodzie stanąłem na całkiem obcym terenie akustycznym i jeszcze trochę wody spłynie do morza zanim uszy przyzwyczają się do tego rodzaju dźwięków. Jednak nie pomniejsza to ani trochę radości z usłyszenia, czy raczej wyczucia, tych zupełnie nieznanych i nieosiągalnych wcześniej dźwięków.

wtorek, 6 lipca 2010

Dziennik Cybernetycznych Odkrywców

Witam, W górnej części strony znajdziecie Państwo link do nowej strony "Dziennik Cybernetycznych Odkrywców" gdzie na odrębnej stronie znajdziecie Państwo krótkie opisy nowych odkrytych dźwięków dzieki implantowi/ hybrydzie. Mam nadzieję, że strona będzie przydatna co najmniej dla grona rozważających zaimplantowania jak i dorosłych dzieci niesłyszących i uchyli im choć rąbek świata cybernetycznych dźwięków :)))

środa, 16 czerwca 2010

Druga część blogu w "Słyszę"

Z przyjemnością informuję, że została wydana kolejna edycja dwumiesięcznika "Słyszę" z drugą częścią mojego bloga  http://www.sponin.org.pl/slysze/index.php?d&id=121 .

W wydaniu tym został zamieszczony bardzo ciekawy artykuł o kontakcie i komunikacji w bliskich relacjach spod ręki Joanny Kobosko i Joanny Kosmalowa. Polecam!

Milej lektury! :)

Brak wiary… nie dajmy się!

Siedzę wśród wielu, nagle gromki śmiech przewija się przez wszystkich,
Radośnie i miło, ale mnie to omija szerokim łukiem,
Łapczywie szukam wzrokiem i słuchem zagubionych strzępków głosów,
Ze skrawków słów próbuję wyłapać, skleić, przetworzyć by w końcu cokolwiek zrozumieć,
Lecz lawina hieroglifów wciska się w mój bezsilny rozum niczym chmara szarańczy,
Niewychwycony śmiech jest jak niewinny cios akustycznym mieczem w plecy...

Wciąż nierzadko dochodzi do sytuacji, iż wymagania komunikacyjne po prostu mnie przerastają nawet wśród najbliższych. Między innymi w takich sytuacjach, kiedy tematy schodzą do luźnej i szybkiej wymiany zdań, czy przy wieloosobowej dyskusji. Najczęściej wpadam wtedy w taką irytację, że najchętniej bym po prostu cisnął aparat wraz z implantem w kąt i zamknął się w klatce ciszy…

Na szczęście szybko uświadamiam sobie, że przecież to nie koniec rehabilitacji słuchu i jeszcze prawdopodobnie wiele możliwości przede mną. To właśnie dlatego w czasie rehabilitacji, niezależnie od jej formy i rodzaju aparatu, tak ważna jest determinacja, i wiara w swoje możliwości. Postęp rehabilitacji w dużej mierze zależy także od samej chęci słyszenia. W moim odczuciu, zmysł słuchu jest „bliższy” mózgowi niż jakikolwiek inny zmysł. Gdy coś czujesz - czujesz to zwykle „na zewnątrz”, na ciele. Gdy coś widzisz, najpierw dostrzegasz obraz, dopiero w następnej kolejności go analizujesz i interpretujesz. Natomiast w przypadku wrażeń akustycznych mam wrażenie, że dźwięki właściwie pojawiają się momentalnie w głowie, jakby tam właśnie powstawały.

Zatem przy braku gotowości do poznawania nowych dźwięków mózg automatycznie wykazuje pasywną postawę i po prostu nie przyjmuje nowych wrażeń słuchowych. Owszem, mózg odbiera dźwięki, ale jakoby w ogóle ichnie „słuchał” i nie próbował interpretować. A przy wielkiej i pozytywnej chęci słyszenia mózg nastawia się na maksymalną czułość akustyczną i jak tylko wyłapie nowe dźwięki, natarczywie domaga się pełnej informacji pytając: co to właściwie jest? skąd pochodzi? z czego wynika? Niczym zaciekawione wszystkim małe dziecko mózg chłonie i zapamiętuje treści coraz większej ilości dźwięków.

W tym samym czasie również zrozumiałem co to znaczy, iż język niesłyszącego w zasadzie nie jest nabywany tylko dawany. W przypadku osoby niesłyszącej czy słabosłyszącej nie ma praktycznie żadnych szans aby wiernie naśladować otoczenie akustyczne i samodzielnie tworzyć słowa. Język trzeba właściwie nabyć „od wewnątrz” różnymi technikami logopedycznymi. Można by to porównać do nauki rozpoznawania kształtów przedmiotów po ciemku: najpierw powoli po omacku poznaje się wszystkie wypustki i zagłębienia żeby potem praktycznie tylko na podstawie pamięci „technicznej” umieć opisać te przedmioty a potem je identyfikować i wykorzystywać. W przypadku osób słyszących mowa jest kontrolowana przez tzw. „autokorektę” - tj. własny słuch kontroluje mowę. Osoby z ubytkiem słuchu, z powodu zaburzonej autokorekty, muszą zapamiętać „techniczne” układy ust i kontrolować się poprzez ciągły nadzór nad prawidłowością tych układów. Na szczęście implant pozwala małymi kroczkami odkrywać tajemnice świata akustycznego, a co za tym idzie, dźwięki stają się coraz bardziej namacalne i łatwiejsze w naśladowaniu.

czwartek, 10 czerwca 2010

„Hybrydy” miesiąca trzeciego ciąg dalszy (marzec 2010)

Z tego względu, iż inżynierowie z MCSM nie za bardzo mogli sobie poradzić z niektórymi problemami natury technicznej procka (chodzi o wcześniej wspomniany rożek i tryb „T”) postanawiam zgłosić się z tym problemem bezpośrednio do przedstawiciela Med-el’a. Stosunkowo szybko dostaję odpowiedź, iż uwagi zostały przekazane do międzynarodowej centrali i jak tylko dostaną odpowiedź to przekażą mi ją dalej. Dostałem również informację, iż Med-el będzie wprowadzał na rynek coś w rodzaju „safety-lock” przeznaczony głównie dla najmłodszych pacjentów. Zabezpiecza ono ponoć rożek przed wypadaniem. Ciekawie jak się sprawdzi w praktyce.

Jak wiadomo, głównym przedmiotem dyskusji biznesowych są w zasadzie dane liczbowe. Dzięki temu intensywnemu treningowi „on job” cyfry stają się pierwszymi słowami, które udaje mi się niemal samodzielnie wyłapać tylko drogą słuchową. Jak np. przy „trzynaście” zauważyłem, iż człon „trzy” stanowi pewnego rodzaju ostry szum, którego mózg powolutku już zaczyna przyjmować i starać się interpretować zamiast całkowicie odrzucać traktując je na równi z szumem wiatru.

I wreszcie następuje długo oczekiwana próba aparatu słuchowego nowej generacji Phonak’a Naida. W oczy (uszy?) rzuca się o niebo precyzyjniejszy przekaz niskich tonów od Widex’ów, dzięki czemu różne częstotliwości fajnie się wzajemnie uzupełniają (tj. HA wraz z CI). Tak bardzo poszerza mi się zasięg czułości odbioru różnych dźwięków, iż słyszę praktycznie wszystko co się dzieje w domu w innych pokojach. A tu łazienka buczy w kuchni, w salonie żona ogląda TV, w łazience Filipek się pluska radośnie w wannie… jednym słowem, jak wcześniej wspomniałem, nic się już chyba nie ukryje przed moimi uszami. Może jeszcze nie potrafię ich natychmiast rozpoznawać, ale myślę, że to kwestia treningu. Natomiast chyba najważniejszą zaletą Naidy jest fakt, iż tak fantastycznie współpracuje ona z implantem, iż nierzadko mam trudności z rozpoznaniem przez jakie ucho w danym momencie odbierany jest dźwięk. Głoski ładnie się ze sobą zlewają, tj. każda głoska dość płynnie przechodzi z jednej na kolejną i znacznie mniej jest tych silnych uderzeń wysokich tonów (wspomniane wyżej „cymbały” nieco się oddalają). Dzięki takiej harmonii jestem w stanie dużo więcej prawidłowo rozpoznawać i interpretować mowę. Stanowisko te potwierdza również znajoma nosząca „pełnowymiarowy” implant.

W połowie marca jestem zmuszony odłożyć na jakiś czas implant ze względu na bolące ucho od uwierania wkładki i procka. Przez jakiś czas nosiłem pomimo bólu mając nadzieję, że ucho nieco się dostosuje do nowych warunków i będzie stopniowo coraz mniej niewygody. Niestety doszło do momentu, iż nieważnie jak bardzo zaciskałem zęby już nie byłem po prostu w stanie go założyć. Czym prędzej idę na wycisk ale niestety wkładki się nie dostaję od ręki. Bez implantu świat akustyczny staje się taki dziwnie szary i jednowymiarowy. Zwłaszcza zauważam to przy słuchaniu muzyki z programu „Jaka to melodia” (nie jestem jakoś specjalnym fanem tego programu tylko synuś Filip uwielbia tańczyć do tego programu). Właściwie wszystkie piosenki zrobiły się jednolite i właściwie odróżnić można było tylko rytm i rodzaj buczenia o różnym natężeniu. Znacznie pogorszyła się także reakcja na wołanie (z niemal 100% rozpoznawalności do ledwo paru na dziesięć) oraz różnego rodzaju dzwonki. Żona nie znosi jak nie noszę implantu, a to chyba dobry sygnał. Zdrowie się docenia dopiero przy chorobie…

No i nareszcie dostaję wkładkę pod koniec marca i mogę w pełni cieszyć się z hybrydy. Wkładka ładnie się wkomponowała w ucho i o dziwo nawet implant przestał uwierać. Już nie musze z zaciśniętymi zębami zakładać wkładkę. Jakie piękne stały się poranki. Powrót do implantu po 10 dniowej przerwie okazał się nielekki- mózg zdążył zapaść w lekki letarg i dopiero na drugi dzień noszenia procka dźwięki jakoś się stabilizują i mózg nie był okładany akustycznymi pięściami niemal jak w pierwszych dniach użytkowania procka. Nigdy więcej dłuższych przerw! Wreszcie mogę również zapomnieć o uwierających wkładkach i w pełni skoncentrować się na słuchu. I w świat akustyczny powraca kolejny wymiar: m.in. zauważyłem, że tylko w implancie jestem w stanie odróżnić dźwięk pracy silnika benzynowego od silnika diesla. Praca diesla jest taka bardziej donośna i dźwięczna (ale niekoniecznie głośniejszą) i przyjemniejsza w słuchaniu dla męskiego ucha. Nierzadko w trasie wyciszam sobie radio w samochodach by wysłuchać się różnym tonom silników. Staram się niemal każdej nocy co najmniej pół godziny poświecić na słuchaniu audiobooków. Słuchanie ich stają się coraz przyjemniejsze- przede wszystkim dzięki temu, iż wysokie tony robią się coraz mniej obce i wrogie mózgowi. Nabieram coraz większego przekonania, ze będzie coraz lepiej i lepiej nie tylko w słyszeniu ale i rozumieniu... :)

czwartek, 27 maja 2010

„Hybrydy” początek miesiąca trzeciego (marzec 2010)

Z początkiem miesiąca biorę się za ćwiczenia z audiobookami. Zalecają na początek dobierać do ćwiczeń w miarę nieskomplikowane teksty. Udaje mi się natrafić na całkiem fajne kilkunastominutowe/ dwudziestokilkustronicowe bajki Disney’a z kolekcji „Dziecko” (niestety nakład jest prawdopodobnie wyczerpany, ale podobne można znaleźć na www.gazeta.pl/kolekcja ). Okazały się być po prostu strzałem w dziesiątkę gdyż oprócz spokojnej i wyraźnej mowy autorów głos jest nagrywany słowo w słowo (niektóre audiobooki nieco modyfikują treść książki w celu zabarwienia treści głosowej), nie są generalnie zakłócane dodatkowymi dźwiękami otoczenia, a co najważniejsze: przy zakończeniu czytania każdej strony emitowany jest specjalny dźwięk informujący, iż należy na ten moment przewrócić stronę. Jest to na tyle przydatne, że w przypadku „zgubienia” tekstu podczas osłuchiwania nie trzeba wracać do początku książki. Wystarczy po nieudanych próbach „złapania” tekstu poczekać, aż autor przeczyta całą stronę i usłyszeć odpowiedni sygnał. Bajek jest 25 więc na pewno nie będę się nudził.
I następuje kolejna comiesięczna wycieczka do Kajetan. Już wcześniej zwracałem uwagę przez e-mail’a na awarię trybu „T” w implancie. W związku z tym zostaję ponownie zaproszony do Działu Implantowego. Inżynierowie długo pastwią się nad Med-el’em ale problem wydaje się być nie do rozwiązania. W sumie to nie umieją znaleźć logicznego powodu „awarii” trybu „T”. Generalnie uzasadniają tym, iż Duet jest stosunkowo nowym dzieckiem, a mało kto do tej pory korzystał z dodatkowych funkcji implantu więc producent pewnie nie zdaje sobie sprawy z prawdopodobnie fabrycznej wady trybu „T” (użyczyli mi zastępczy implant, który także wykazywał tę samą wadę). Inżynierowie obiecują omówić ten problem przy następnym spotkaniu z przedstawicielem Med-el’a. W zamian oferują mi kabelek, za pomocą którego można podłączyć implant bezpośrednio do odtwarzacza audio. Niestety nie ma możliwości całkowitego wyciszenia mikrofonu implantu w taki sposób, żeby można byłoby słuchać tylko poprzez kabel- a przecież o to właśnie chodziło, żeby można było czasem poćwiczyć słuch czy posłuchać muzyki tylko z odtwarzacza audio bez akustycznych zakłóceń z otoczenia. W dzisiejszych czasach odnalezienie akustycznych oaz chyba graniczy się z cudem, dlatego jest to takie istotne. Zwracam również uwagę na brak stabilnej styczności części akustycznej z procesorem- ten taki rożek, w którym znajduje się również aparatura akustyczna. Część akustyczna jest przypinana czymś w rodzaju dość luźnego wtyczka do gniazdka znajdującego się w procesorze bez żadnych zabezpieczeń odpięcia. Powoduje to, iż przy ściąganiu czapki, czy swetra część ta się nieco zsuwa, traci styczność z procesorem i przestaje funkcjonować do momentu ponownego dopięcia do procesora. Propozycje ze strony inżynierów przyklejenia tego taśmą nie wydaje mi się być rozsądnym rozwiązaniem. Chyba nie mam innego wyboru jak ciągle monitorować poprawność działania procka. Jakby było jeszcze tego mało, nic nie udaje się wskórać w sprawie uzupełnienia brakujących podstawowych akcesoriów do procka gdyż ponoć skład akcesoriów został ustalony w drodze zawartego kontraktu pomiędzy MCSM i Med-el’em i raczej nie da się tego ruszyć. Będę musiał z własnej kieszeni dokupić niezbędne akcesoria. Na szczęście, jak wspomniałem, najważniejsza część procka, czyli dostarczanie jak najlepszych wrażeń dźwiękowych, wydaje się być OK.

I czas na krótką konsultację rehabilitacyjną. Na pytanie odnośnie słyszenia mowy opowiadam o zagłuszaniu niemal całości słów mowy piorunującymi uderzeniami wysokich tonów. To tak, jakby nad uszami mi wisiały wielkie cymbały i przy każdym usłyszanym wysokim tonie następowały uderzające metaliczne dźwięki nadając dodatkowo przeciągające się echo zakłócające dalszą część mowy. Możecie spróbować dokonać pewnego eksperymentu: przekopiować dowolny tekst (koniecznie taki, który jeszcze nie został przez was przeczytany albo nie znacie jego kontekstu) do edytora (np. Word’a) i zamienić wszystkie wysokie głoski -s,ś,c,ć,sz,cz,z,ż,ź, dz, dż, dź- na samogłoskę „i” (w Word’zie można to dokonać poprzez skrót „Ctrl-H”) i spróbować przeczytać ten tekst ze zrozumieniem. A jeszcze lepiej- spróbujcie przesłuchać taki przekształcony tekst dowolnym programem do czytania tekstu na głos przez komputer (tzw. lektorem).

I następuje kolejna comiesięczna wycieczka do Kajetan. Już wcześniej zwracałem uwagę przez e-mail’a na awarię trybu „T” w implancie. W związku z tym zostaję ponownie zaproszony do Działu Implantowego. Inżynierowie długo pastwią się nad Med-el’em ale problem wydaje się być nie do rozwiązania. W sumie to nie umieją znaleźć logicznego powodu „awarii” trybu „T”. Generalnie uzasadniają tym, iż Duet jest stosunkowo nowym dzieckiem, a mało kto do tej pory korzystał z dodatkowych funkcji implantu więc producent pewnie nie zdaje sobie sprawy z prawdopodobnie fabrycznej wady trybu „T” (użyczyli mi zastępczy implant, który także wykazywał tę samą wadę). Inżynierowie obiecują omówić ten problem przy następnym spotkaniu z przedstawicielem Med-el’a. W zamian oferują mi kabelek, za pomocą którego można podłączyć implant bezpośrednio do odtwarzacza audio. Niestety nie ma możliwości całkowitego wyciszenia mikrofonu implantu w taki sposób, żeby można byłoby słuchać tylko poprzez kabel- a przecież o to właśnie chodziło, żeby można było czasem poćwiczyć słuch czy posłuchać muzyki tylko z odtwarzacza audio bez akustycznych zakłóceń z otoczenia. W dzisiejszych czasach odnalezienie akustycznych oaz chyba graniczy się z cudem, dlatego jest to takie istotne. Zwracam również uwagę na brak stabilnej styczności części akustycznej z procesorem- ten taki rożek, w którym znajduje się również aparatura akustyczna. Część akustyczna jest przypinana czymś w rodzaju dość luźnego wtyczka do gniazdka znajdującego się w procesorze bez żadnych zabezpieczeń odpięcia. Powoduje to, iż przy ściąganiu czapki, czy swetra część ta się nieco zsuwa, traci styczność z procesorem i przestaje funkcjonować do momentu ponownego dopięcia do procesora. Propozycje ze strony inżynierów przyklejenia tego taśmą nie wydaje mi się być rozsądnym rozwiązaniem. Chyba nie mam innego wyboru jak ciągle monitorować poprawność działania procka. Jakby było jeszcze tego mało, nic nie udaje się wskórać w sprawie uzupełnienia brakujących podstawowych akcesoriów do procka gdyż ponoć skład akcesoriów został ustalony w drodze zawartego kontraktu pomiędzy MCSM i Med-el’em i raczej nie da się tego ruszyć. Będę musiał z własnej kieszeni dokupić niezbędne akcesoria. Na szczęście, jak wspomniałem, najważniejsza część procka, czyli dostarczanie jak najlepszych wrażeń dźwiękowych, wydaje się być OK.

I czas na krótką konsultację rehabilitacyjną. Na pytanie odnośnie słyszenia mowy opowiadam o zagłuszaniu niemal całości słów mowy piorunującymi uderzeniami wysokich tonów. To tak, jakby nad uszami mi wisiały wielkie cymbały i przy każdym usłyszanym wysokim tonie następowały uderzające metaliczne dźwięki nadając dodatkowo przeciągające się echo zakłócające dalszą część mowy. Możecie spróbować dokonać pewnego eksperymentu: przekopiować dowolny tekst (koniecznie taki, który jeszcze nie został przez was przeczytany albo nie znacie jego kontekstu) do edytora (np. Word’a) i zamienić wszystkie wysokie głoski -s,ś,c,ć,sz,cz,z,ż,ź, dz, dż, dź- na samogłoskę „i” (w Word’zie można to dokonać poprzez skrót „Ctrl-H”) i spróbować przeczytać ten tekst ze zrozumieniem. A jeszcze lepiej- spróbujcie przesłuchać taki przekształcony tekst dowolnym programem do czytania tekstu na głos przez komputer (tzw. lektorem) :)

środa, 26 maja 2010

Offtopic: Język a emocje


Kadr z drugiego odcinka "Zobaczyć Ciszę" zródło: http://www.zobaczyc-cisze.pl/

Chyba jest dosyć oczywiste jak ważna jest rola mimiki i języka ciała w wyrażaniu swoich emocji. Mimo tego nie przypuszczałem, że można tak fantastycznie wyrazić swoje emocje językiem migowym. Drugi odcinek serialu dla niesłyszących „Zobaczyć Ciszę” (http://www.zobaczyc-cisze.pl/ ) pokazuje świetny przykład różnicy między „sztucznym” a „naturalnym” językiem migowym. Niezwykle ciekawym doświadczeniem dla „słuchacza” („wzrokowca”?) musi być także chór języka migowego. Niestety tylko o nim „słyszałem” i widziałem na zdjęciach- nie miałem okazji mieć z tym bezpośredniej styczności :( W trzecim odcinku serialu „Zobaczyć Ciszę” jest dyskusja między główną niesłyszącą bohaterką a jej rodzicami na temat implantu słuchowego. Przy dyskusji tej główna bohaterka uznaje jednak język migowy za wystarczający. Ach, jak dobrze znam te uczucie… Również do niedawna byłem w przekonaniu, iż aparaty słuchowe mi wystarczają i ani myślałem o implantach, pomimo iż wciąż borykałem się z różnymi barierami komunikacyjnymi. Cóż, ale w co do decyzji implantowej wszystko tak naprawdę zależy od wielu czynników i okoliczności (innym słowem: „wszystko zależy od wszystkiego” :). Niemniej jednak jestem ogromnie ciekawie jak dalej się potoczą losy głównej bohaterki zwłaszcza, iż zaprzyjaźnia się ona z osobą słyszącą. Niestety z braku funduszy seriale zostały wstrzymane po pięciu odcinkach :(

poniedziałek, 17 maja 2010

„Hybrydy” miesiąc drugi (luty 2010)

I krótko po powrocie z Kajetan znów nurkuję w sieć internetową wyłowić wszelkie nowości o aparatach słuchowych. Oprócz o standardowych parametrach technicznych czytam różne opinie o Naida’ch na forach internetowych. Po przeczesaniu stron internetowych różnych producentów decyduję się na ponownie spróbowanie Naidy V i ewentualnie dodatowo wersji IX. Pamiętam jeszcze z testowania przed operacją, iż Naida, oprócz komfortowego słyszenia, zapewnia świetną kontrolę sprzężenia zwrotnego praktycznie nie dopuszczając do piszczenia. Jest to, moim zdaniem, ogromny komfort psychiczny w miejscach publicznych, zwłaszcza dla osób z głębokim ubytkiem słuchu, u których zrobienie superszczelnej wkładki graniczy się niemal z cudem. Moja „hybryda” nie zapewnia tak dużego wzmocnienia, więc problem taki tutaj raczej nie występuje. Aktualnie Widex niestety nie zapewnia takiego komfortu doprowadzając czasem do konsternacji współprawników („co tu tak piszczy? może to mój termos nie dokręcony jest???”) gdyż sprzężenie te, pomimo że jest głośne dla słyszących, nie jest generalnie słyszalne przez użytkowników aparatów słuchowych. Natomiast w Naidzie nawet jak już dochodzi do silniejszego sprzężenia (naprawdę w skrajnych przypadkach np. przy położeniu głowy na poduszce uchem w dół) to sprzężenie te praktycznie jest słyszalne tylko u mnie i to w postaci takiego miękkiego buczenia zamiast ostrego gwizdu. No to czym prędzej SMSuję do protetyka i dowiaduję się, że na wersje testowe trzeba niestety poczekać parę tygodniu. Cóż, nie pozostało mi jak cierpliwie czekać.

Niestety, ni stąd, nie zowąd, wkładka po stronie CI zaczyna dawać mocno we znaki. Wkładka zaczyna mocno uwierać. Postanawiam jednak przeczekać trochę mając nadzieję, że może ucho jeszcze się przyzwyczai. Ból ucha sprawia, że jestem znacznie bardziej wrażliwy na wszelkie dźwięki z implantu. Dźwięki te czasem są tak natarczywe, że od czasu do czasu muszę odciąć się od świata akustycznego np. kiedy muszę się skupić w pracy. Do tego, po krótkim czasie, nagle dołącza się silny ból zęba. Na szczęście udaje mi się szybko załatwić dentystę. Po chwili siedzenia w poczekalni jestem po prostu zmuszony wyłączyć implant gdyż aż mi zęby dzwonią od ostrego, niczym lodowa brzytwa, dźwięku borowania z salki obok…. Koniecznie należy robić generalny przegląd m.in. zębów przed zabiegiem wszczepienia implantu, bo w pierwszych miesiącach po operacji zwykle następuje na tyle silna nadwrażliwość na nowe cybernetyczne dźwięki, że dodatkowe bodźce mogą spowodować, że stają się one po prostu nieznośne. Co za tym idzie, przejście przez pierwszy etap dostosowania się do nowych warunków akustycznych może stać znacznie trudniejsze. Odbieranie dźwięków przez HA, przynajmniej w moim przypadku, następuje raczej neutralnie w każdych warunkach.

Jak mawiał Michael Chorost w swojej książce “My hearing is no longer limited by the physical circumstances of my body. While my friends’ ears will inevitably decline with age, mine will only get better” (“Mój słuch nie podlega już fizycznym ograniczeniom ciała. Podczas gdy moi przyjaciele będą nieuchronnie tracić słuch z wiekiem, mój może się tylko poprawiać” tłum. cyborg na ci.hell.pl). Choć sporo jest w tym racji, nie do końca bym się zgodził z takim stwierdzeniem. Owszem, można się zgodzić z tym, iż prawdopodobnie nie będzie mi się tak drastycznie pogarszać słyszenie na starość. Niemniej jednak implant, wbrew pozorom, przybliża w pewnym stopniu do psychicznych aspektów słyszących. A mianowicie, przynajmniej w moim przypadku, jakość cybernetycznego słuchu jest dosyć silnie uzależniona od ogólnego nastroju. Wszelkie bóle, choroby, uczucia zmęczenia, zdenerwowania etc. powodują znaczne podkręcenie wrażliwości na dźwięki- przez co nierzadko stają się one po prostu nieznośne. I vice versa: spokój, cisza przez dłuższy czas etc. często powoduje uśpienie czujności na dźwięki. Mogą się także zdarzyć sytuacje, że „ucho” niespodziewanie zmienia swoją czułość na implant niezależnie od okoliczności.

Mija już drugi miesiąc od podłączenia procka i w dalszym ciągu muszę robić głębsze wdechy przed porannymi włączeniami implantu. Szkoda, że nie ma opcji stopniowego wzmacniania natężenia np. w ciągu kilkunastu sekund (przestawianie pilotem nie wchodzi w grę gdyż już od dawna leży zakurzony w szufladzie). A tak to jest takie krótkotrwałe silne uderzenie w szare komórki niczym uderzenie młotem w gong. Jeszcze nie wyczerpałem wszystkich zasobów cierpliwości więc myślę, że trochę jeszcze wytrzymam.

Uciekając od miejskiego zgiełku wybieram się pewnego weekendu na wieś z cała rodziną. Ile tutaj ciekawych dźwięków, że heca! Kukanie kur, pianie kogutów, kwakanie kaczek, kwilenie prosiaczków- mój zachwyt okazuje się być niemal na równi od nieziemskiego zachwytu Filipka po raz pierwszy odwiedzającego oborę.

Z braku wolnej chwili staram się jak najwięcej trenować słuch w samochodzie w drodze do przedszkola i pracy. Ponieważ siedzę w finansach postanawiam zacząć od ćwiczeń rozpoznawania cyfr. Jak dowiedziałem się później od logopedek, cyfry są także całkiem dobrym materiałem na początkowe treningi ze względu na licznie występujące wysokie głoski ale i także specyficzną strukturę cyfr (typu: -naście, -dziesiąt etc.). Na szczęście udało mi się szybko zarazić Filipka pasją do cyferek i zamiast nudzić się w foteliku samochodowym chętnie powtarzał podstawowe cyfry.

Nowe dźwięki w pracy: piszczenie markera przesuwanego po kartce, świst wypływających wściekłych bąbelek po świeżo nalanej gazowanej wody do szklanki. W dalszym ciągu jednak jest trudniej w komunikacji- wysokie tony wciąż jakoby zagłuszają cały kontekst rozmowy i trudniej mi go wyłapać. Na szczęście zaczynam powolutku więcej słyszeć niż czuć- to już światełko w długim implantowym tunelu. Wrażenia większości dźwięków także się nieco uspakają. Od czasu do czasu dla ciekawości słucham samym aparatem słuchowym i zauważyłem, że nieco więcej odbieram dźwięki na samym CA niż przed operacją. Pewnie to wynika z nabytej wrażliwości do słuchania podczas noszenia CI- całkiem interesujące.

Kombinacja gorącego sezonu w pracy i przyzwyczajania się do nowych dźwięków wykańcza mnie totalnie. W celu szybkiego podładowania baterii wyrywam się na jednodniowe białe szaleństwo w Beskidy. Wcześniej, rzecz jasna, czym prędzej zabezpieczam wewnętrzną część implantu kaskiem (raczej nie wchodziło w grę trzymanie implantu zewnętrznego pod kaskiem). Mam również wyczulenie z rozglądaniem się przed każdym narciarskim skrętem. Dzięki temu udaje mi się przeżyć narty bez szwanku pomimo znajdujących się na stokach niezliczonej ilości narciarskich kamikadze czy polskich „herminatorów”. Szkoda tylko, że nie mogłem usłyszeć chrupotu śniegu wydobywającego się spod nart i śpiewu górskich podmuchów znad sosen.

piątek, 7 maja 2010

Trzecia wizyta w Kajetanach- dostrajanie

Na krótkie pytanie inżyniera „co słychać?” już nie mam tak barwnych opowieści jak przy pierwszym dostrajaniu. Owszem, wiele nowych dźwięków zostało odkrytych, ale de facto wciąż jestem na etapie czystego przyzwyczajania się do nowych warunków akustycznych a dwa tygodnie od ostatniego dostrajania to wciąż mało na bliższe zaprzyjaźnienie się z nowym przewodnikiem dźwiękowym. Jeszcze trzeba będzie zjeść niejedną beczkę soli aby mózg przyjął implanciak jako swój organ. Inżynier chyba zadowolony z wyników badań psychoakustycznych postanawia praktycznie nic nie zmieniać w ustawieniach i jedynie lekko przygłośnić. Na dodatek już nie mam żadnych kolejnych programów do zmiany. Nagle dopada mnie dziwne uczucie braku oczekiwania na nowe wyzwania. Dotychczas tak bardzo zżerała mnie ciekawość wrażeń przy przestawianiu na kolejne program a tu nagle taka pustka- żadnych kolejnych programów. Rozczarowanie nieco ustępuje po wyjaśnieniach inżyniera, że ustawienia wyglądają na optymalne i niewiele jest już pola do poprawy. Najwyraźniej „brutalny” tryb dostosowywania się do nowych programów przyczyniło się do osiągnięcia odpowiednich ustawień w tak krótkim czasie. W sumie to dosyć logicznie- myślę- teraz po prostu należy zacząć próbować koncentrować się na słuchaniu zamiast przyzwyczajaniu. Można by to porównać do sytuacji wyjścia z ciemnej jak smoła jaskini, w której się przebywało całe życie, wprost na słoneczny horyzont. Tuż po wyjściu z jaskini z całkowitego oślepienia słońcem oczom ukazuje się obraz, który powoli nabiera barw i kształtów (przyzwyczajenie). Dopiero potem staramy się dostrzec to, co widzimy (słuchanie). A więc przyjmuję posłusznie nową strategię. Wspominam jednak o gorszych odbiorach niskich częstotliwości jakie wyszły na badaniach psychoakustycznych. Okazuje się, że nic więcej się nie da wycisnąć od części aparatowej hybrydy. Niemniej jednak inżynier tłumaczy, że w tym przypadku nad niskimi tonami pracuje HA na drugim nieoperowanym uchu. Przyjął się bowiem pogląd, iż w odbieraniu niskich tonów lepiej sobie radzi HA na nieoperowanym uchu. Natomiast na operowanym uchu część implantowa de facto pracuje nad całym pasmem częstotliwości, z tym że o różnej mocy dla poszczególnych pasm częstotliwości. Impulsy w niskich częstotliwościach są nadawane przy znacznie mniejszych mocach niż przy tych wysokich by jedynie wspomóc przy odbieraniu tych tonów. Przyjęcie wariantu nadawania impulsów na całe pasmo częstotliwości umożliwia mi wszczepiony, w zasadzie na moje życzenie, dłuższy implant. Gdyby została wszczepiona krótsza wersja, prawdopodobnie niskie częstotliwości byłyby poza zasięgiem implantu. Trochę to wszystko zakręcone i potrzebuję więcej czasu do namysłu, więc na razie odkładam dalsze pytania do inżyniera na następne dostrajanie. Nie powstrzymałem się jednak od jednego dosyć istotnego pytania: czy to w takim razie wyklucza możliwość wszczepienia drugiego implantu. Odpowiedź była raczej twierdząca. A więc wygląda na to, że mam „hybrydę” ale nie na jedno ucho tylko raczej na oba…

Z totalnym mętlikiem w głowie klapię na fotel pociągowy i nagle zabłysła mi pewna myśl. Skoro implant w zasadzie będzie mi dostarczał „tylko” wysokie tony i raczej nie będzie implantowane drugie ucho to należałoby jak najlepiej zadbać o odbiór pozostałych częstotliwości poprzez drugie nieimplantowane ucho A więc myśli powracają do testów Phonak’ów Naida przeprowadzanych jeszcze przed operacji. Jakie to wszystko zakręcone- wzdycham- i ociężała od skrajnego zmęczenia głowa opada na zagłówek fotela...

środa, 5 maja 2010

Trzecia wizyta w Kajetanach- czas na kolejny akustyczny audyt

Już chyba niemal wszystkie pociągowe dźwięki są mi już bliskie, więc w zasadzie nie ma większych niespodzianek. Nawet włosy przestały stawać dęba od pisków hamowanych kół na dworcach. I wreszcie po żmudnych przesiadkach i sporych opóźnieniach pociągowych docieram do celu. Przygodę zaczynam od spotkania z logopedkami w celu omówienia szczegółów konsultacji rehabilitacyjnych. Otrzymuję w tym czasie wstępny rozpisek spotkań z logopedami (co miesiąc) i zespołem im plantowym (co kilka miesięcy). I czym prędzej biegnę do działu implantowego na kolejny audyt postępów słuchowych. Na początek szturmujemy uszy testem na zrozumiałość wybranych głosek i w zasadzie trafiłem na 2 słówka- w tym jedno bardziej poprzez odgadnięcie niż pełne zrozumienie. Natomiast całkowitym zaskoczeniem było niemal pełne zrozumienie słowa „zgryz”. I tak na papierku wyszło 10 % zrozumiałości (de facto 5 % z jednym słówkiem). Chyba to nieźle jak na początek. W każdym razie jeszcze nie czas na złożenie broni. Przechodzimy do kolejnego ćwiczenia polegającego na osłuchaniu różnych słów (mikołaj, nożyczki, dziewczynka, zjeżdżalnia itp.) i wskazanie odpowiedzi na obrazkach. Tutaj również było bardziej kwestia domysłów na podstawie konstrukcji słów a nie słów jako całości (np. przy mikołaj to wyraźnie się słyszało „łaj” i to stanowiło podpowiedź). Testowało się słuch w ten sposób zarówno w samym aparacie słuchowym (nazwijmy je HA od „Hearing Aid”) jak i wraz z implantem (nazwijmy je CI od „Cochlear Implant” z tym że tutaj zawsze będę się odnosił to wariantu aparat słuchowy + implant bo nigdy nie noszę samego implantu, chyba że wyraźnie wskażę inną sytuację). Następnie puszczało się taką samą serię przy dodatkowym szumie w tle. Jak się okazało miałem nieco lepsze wyniki w wariancie CI w spokojnych warunkach ale już w szumie było znacznie gorzej niż w HA. Możliwie, iż CI jeszcze nie potrafi jeszcze się uporać z dodatkowym tłem akustycznym. Mam również wrażenie, iż funkcje wspomagające w CI są znacznie uboższe niż w HA. Między innymi w moim HA (jak i pewnie w większości nowych HA) mam tzw. „peak cut” czyli obcinanie bardzo głośnych dźwięków jak wycie karetki czy głośne wystrzały. A z kolei CI niemal bezpośrednio uderza nieprzefiltrowanymi głoskami w mózg. Nie jest może to komfortowe i czasem aż muszę zakrywać uszy przy decybelowych atakach, ale jak dla mnie to chyba dobrze, że zapoznaję się z całym akustycznym wachlarzem. I wreszcie przechodzimy do badań psychoakustycznych na samym tylko implancie. Puszczane są odpowiednie dźwięki o różnej częstotliwości i głośności. Badania wykazały gorsze słyszenie na niskich tonach (przy 500 Hz) niż w samym HA. Część aparatowa hybrydy została przecież ponoć wzmocniona na maksimum- myślę- konieczne trzeba o tym przedyskutować z inżynierem. Natomiast ogromnym zaskoczeniem jest fakt, iż słyszałem w implancie dźwięki od 1500 Hz aż do najwyższych częstotliwości. Jednym słowem, chyba w CI słyszę po prostu wszystko! :)

No i teraz czas na wejście do pokoju nr D14...

piątek, 9 kwietnia 2010

Pierwsza część blogu w "Słyszę"

Z radością informuję, że pierwsze posty mojego blogu (nieco skrócone i zmodyfikowane stylistycznie) zostały opublikowane w dwumiesięczniku "Słyszę" ( http://www.sponin.org.pl/slysze/index.php?d&id=120 ). W kolejnych wydaniach bedą umieszczane dalsze części blogu o ile nie zabraknie mi weny ;)

Miłej lektury! :)))

czwartek, 8 kwietnia 2010

„Hybrydy” tydzień piąty (początek lutego 2010)

I wybieramy się na pierwsze kino z implantem :) Nigdy nie zapomnę sceny wypadku samochodowego: ten ostry pisk opon, zgrzyt giętych blach, brzęk rozsypującego się rozbitego szkła po asfalcie- co za urozmaicenie- niesamowite! W aparacie to takie nieskomplikowane „bum” i tyle.

I mija nieco ponad 1 miesiąc po podłączeniu procka. Mam już niemal 90% zrozumiałości z rozpoznawania dźwięków otoczenia z płyty- czasem tylko pomylę miałczenie kota z płaczem dziecka i odgłos mycia zębów z dzwonkiem telefonu. Na początku treningu miałem ok. 16% trafności przy aparacie słuchowym i 24% przy hybrydzie wraz z aparatem (nigdy jeszcze niczego nie próbowałem przy samej hybrydzie ze względu na mizerne efekty) nie znając żadnych prawidłowych odpowiedzi. Przy drugim testowaniu (ok. 1,5 tygodnia po pierwszym testowaniu) miałem już 66% trafności. Osiągnięcie tak dobrych wyników to już trochę efekt „pamięci” prawidłowych odpowiedzi- zawsze znając pewien zakres dźwięków zawartych na płytce jest znacznie łatwiej niż za pierwszym razem gdy zakres możliwych odpowiedzi jest w zasadzie nieograniczony. Teraz już rozumiem dlaczego w Kajetanach nie podają od razu pacjentowi rozwiązań przy testach. Przy aparacie słuchowym dokładnie rozpoznaję tylko dosyć charakterystyczne odgłosy m.in. szczekanie psa, syrena czy pianino. Reszta odgłosów są raczej do siebie dosyć zbliżone- np. bębny, petardy, skakanka, stepowanie czy burza są raczej niemal identyczne. Różniły się tylko rytmem. Natomiast wraz z implantem dostaje się znacznie więcej podpowiedzi. Np. przy burzy wyraźnie słychać uderzenie pioruna przed grzmotem- w aparacie słuchowym uderzenie pioruna jest praktycznie nienamacalne tj. trzeba się maksymalnie skupić i wiedzieć, że takowy odgłos w danym momencie nastąpi. Podobnie z petardami- wybuchy są niemal identyczne w samym aparacie słuchowym jak i wraz z implantem, ale tylko implant dostarcza dodatkowo świst wystrzelanej petardy. Natomiast chrzęst nożyczek jest tak bardzo się odróżnił od pozostałych odgłosów w implancie, że już w pierwszej sekundzie nie mam wątpliwości, Dzięki właśnie tym dodatkowym wrażeniom akustycznym w postaci wysokich tonów jak świsty, brzęki, szumy jest mi znacznie łatwiej odgłos wskazać prawidłową odpowiedź- np. metaliczny dźwięk stepowania zamiast po prostu stukania, dodatkowy świst powietrza przy skakance zamiast zwykłego pukania. Także w sferze muzyki łatwiej mi odróżnić pianino od skrzypiec i gitary. Po prostu uwielbiam słuchać brzęków gitary. jak można by to porównać do pławienia się w ciepłych falach miękkich nut. Muszę koniecznie samemu popróbować te cudeńko własnymi rękami. Natomiast następujących dźwięków słyszalnych wraz z implantem: dzwonek telefonu, mycie zębów, brzęk analogowego aparatu fotograficznego oraz roweru nie słyszałem w ogóle w samym aparacie słuchowym. Wracając do wysokiego procentu zrozumiałości- jak wspomniałem, to już bardziej efekt zapamiętanych cech charakterystycznych odpowiednich głosek i znanego zamkniętego katalogu oczekiwanych odpowiedzi. Najbardziej istotne w tym teście jest jednak umiejętność różnicowania i kojarzenia odpowiednich głosek oraz próba wykorzystania tej umiejętności w praktyce tj. w wielkim, szerokim morzu nieznanych dźwięków :)

piątek, 2 kwietnia 2010

Świąteczne refleksje...

Niech czas w służbowym biegu płynie jak najszybciej, a w domowym zaciszu niech niemal stanie w miejscu,
Odwagi i determinacji w osiąganiu swoich celów, nawet tych "niemożliwych",
A krąg najbliższych niech zacieśnia się coraz bardziej i bardziej.

Dla świątecznych refleksji załączam sympatyczny i piękny filmik z udziałem niesłyszącej dziewczyny:
 


Jeszcze raz Wesołych Świąt i 3manko! :)

niedziela, 28 marca 2010

„Hybrydy” tydzień czwarty (koniec stycznia 2010)

Z początkiem poniedziałku wracam do pełni zdrowia i bojowa dusza nieznosząca zwłoki każe mi niemal od razu przeskoczyć na kolejne wyższe programy. Po kilku godzinach przebywania na programie trzecim już czuję, że potrzebuję czegoś więcej i przeskakuję na ostatni program- najmocniejszy. Tym razem pracuję we własnym biurze, więc mam nieco wytchnienia po akustycznej lawinie w zeszłym tygodniu. Niestety w dalszym ciągu psuje mi się tryb „T” w implancie (nieustanne wycie po włączeniu) i nie jestem w stanie poćwiczyć sobie słuch słuchaniem muzyki w pracy. Ale i oczywiście nie daję całkowitego spokoju uszom – m.in. niemal cały czas podsłuchuję rozmowy współpracowników i staram się wychwytywać więcej coś ze słuchu. Jeszcze wciąż bez odczytywania z ust zrozumienie mowy innych jest niemal zerowe. Wręcz nierzadko jest trudniej ze zrozumieniem rozmówców ze względu na odbieranie całego bagażu wszystkich dźwięków, którego nie jestem jeszcze w stanie udźwignąć i prawidłowo przetworzyć i zinterpretować. Tak jak trafnie to ujął Bartosz na blog’u ci.hell.pl: mózg wciąż jest zaprogramowany na bazie „kodów” odbieranych przez aparat słuchowy (tj. tworzonych na podstawie niemal tylko niskich tonów) i wszelkie inne głoski mózg traktuje jako niepotrzebne zakłócenia i przez co nie zawraca sobie głowy z interpretacją tych głosek. Nie będzie łatwo przekodować mózg tak, aby ten prawidłowo odbierał te „zakłócenia” ale- rzecz jasna- będę walczyć. Po przełączeniu na najwyższy program nagle słyszę rytmiczny silny szum- z detektywistyczną skrupulatnością rozglądam się wokoło szukając źródła tego zupełnie nowego ciekawego dźwięku. Początkowo nie jestem w stanie cokolwiek skojarzyć z tym dźwiękiem, a wciąż nie ustaje. W końcu zrezygnowany zasiadam za biurkiem i wzdycham głośno… o! To właśnie ten dźwięk! Okazało się, że zacząłem słyszeć własny wdech. Wydech to słyszałem wcześniej jeszcze w aparatach słuchowych bo to stosunkowo niski ton ale nigdy wdech. Jest to taki ostry dźwięk niczym muśnięcie papierem ściernym o szkło. I to mam cały czas słyszeć przez resztę życia?- pytam się zirytowany. Na szczęście po kilku dniach mózg włącza ten dźwięk do grupy „nieistotnych odgłosów tła” (takie jak szum komputera, odległe szelesty papieru, hałasy silników zza okna itp.) i przestaje zawracać sobie głowy tymi głosami. Od czasu do czasu, gdy nie ma nikogo w pokoju, w którym pracuje, puszczam sobie nieco głośniej muzykę. Szczególnie przyjemnie się słucha zespół U2, zwłaszcza kawałki „Stay” czy „Faraway so Close” :)

sobota, 27 marca 2010

Implant kotra reszta świata...

Podczas choroby mam nieco więcej czasu na surfowanie po necie i zauważam, że na różnych forach odbyło się sporo wzajemnych krytyk pomiędzy głuchymi, niesłyszącymi, zaimplantowanych itp.. doprowadzając do konsternacji wielu rozważających do implantowania. Nigdy nie angażowałem się w te dyskusje, gdyż uważałam je za bezsensowne i jałowe. Wręcz mnie zasmuca brak wzajemnego zrozumienia problemów osób niesłyszących, zaimplantowanych, głuchych itp.. Choć osobiście nie spotkałem się z tego rodzaju konfliktami podpisuję się dwiema rękami pod świetną wypowiedzią amerykańskiej dziewczyny tutaj (wypowiedź w języku migowym, ale i są także napisy po angielsku): http://skullchick.blogspot.com/2008/04/vlog-about-ci-and-deaf-community.html Podsumowując, moim zdaniem, każda osoba z jakikolwiek ubytkiem słuchu przyświeca identyczny cel- przełamanie bariery komunikacyjnej- a jaką drogę dobierze, to już osobista sprawa każdego i należy taką decyzję uszanować. Jedno tylko jest pewne: aby zbliżyć się jak najbardziej do świata ludzi słyszących trzeba dać z siebie po prostu wszystko gdyż długa jest ta droga i kręta ekstremalnie…

niedziela, 21 marca 2010

„Hybrydy” tydzień trzeci (styczeń 2010)

Zaczynam dzień z nowym, bardzo intensywnym programem,- aż chwilowo wraca elektryzowanie języka, a może to raczej z emocji? Zostaję oddelegowany do audytu w centrum świadczeń księgowych pewnej dużej grupy kapitałowej. Znajduje się ono w budynku, gdzie cały biurowiec jest jednym wielkim biurem rachunkowym. A w nim całe piętra nie są praktycznie oddzielone żadnymi ścianami. W związki z tym, niezależnie gdzie się przebywało, wszystko słychać, co się dzieje wśród kilkudziesięcioosobowej załogi księgowości. Na każdym kroku naśladuje mnie szczególnie ten makabryczny szelest papierów, a przypadło mi biurko koło stanowiska gigantycznych kserokopiarkier i drukarek. Nowy program hybrydy jest ciekawy w słuchaniu odgłosów otoczenia m.in. brzęk łyżeczek w kubkach czy klikanie zszywaczy, jakby tymi przedmiotami walili mnie od wewnątrz czaszki, owszem wrażenie bardzo intensywne, ale ile dające radości. Dla słyszących odgłosy te mogą brzmieć neutralnie. Jednak dla mojego mózgu to wciąż nieodkryte tereny dźwięków. Niestety bardzo podkręcone wysokie tony zagłuszają niskie tony i przez co niemal całkowicie zakłócają rozumienie mowy. W związku z tym w pierwszym dniu pracy na czas ważnych rozmów z księgowymi jestem zmuszony wracać chwilowo na stary program w celu lepszego porozumienia się. Większość załogi stanowi kobiety, więc jestem po prostu bombardowany „dywanowo” wysokimi tonami. Lepiej chyba nie mogłem trafić z ćwiczeniami odbierania wysokich tonów. Następnego dnia powoli zaczynam się przyzwyczajać do nowego programu i udaje mi się już w miarę dobrze porozumiewać się z pracownikami, niemniej jednak wciąż nie bez wysiłku.

Mam wrażenie jakbym miał blaszaną czaszkę a niezliczona ilość młoteczków waliła z całych sił od wewnątrz (dźwięki łyżeczek, kubków, pieczątek, szuflad, zszywaczy, dziurkaczy, dzwonków telefonów, głośnego odkładania słuchawek do telefonów- generalnie najostrzejsze są uderzenia plastik o plastik, plastik o metal i metalu o metal. Także mam odczucie jakby chmara metalowych skrobaczek przesuwała się po ściankach czaszki (np. przy darciu papieru i szelestu folii). Od czasu do czasu uderzenia wysokich tonów są tak silne, że mam odczucie, że aż mi w zębach dzwoni. Do absolutnego szczytu wrażeń akustycznych należy słuchanie próby wyciągania przez pracownika zakleszczonego papieru z kserokopiarki. Zrozumiałem że, mój słuch tylko przez aparaty słuchowe wciąż odczuwa epokę jeszcze sprzed rozpoczęciem ery brązu- żadnych metalicznych brzęków, chrzęstów plastików, ostrych dzwonków telefonów komórkowych. Chyba można pozazdrościć takiej cywilizacji z punktu widzenia spokoju akustycznego. Z powodu tych wszystkich dźwięków zrobiłem się bardzo delikatny w różnych czynnościach: znacznie wolniej przekręcam klucze, delikatnie mieszam kawę łyżeczką itp.

Ten natłok akustyczny nieraz wytraca mnie z nóg, więc od czasu do czasu daję chwilkę wytchnienia mózgowi muzyką z Mozarta słuchaną przez cewkę. Muszę przy tym niemal do zera ściszać głośność muzyki bo mózg wciąż jest bardzo wrażliwy na wysokie tony. Przy aparacie miałem ustawioną głośność zwykle mniej więcej na 12 „kresek” głośności w komputerze (maksymalne to 50) a przy implancie to już tylko 3 „kreski”- co ciekawie, wcale nie wyciszyły się niskie tony- chyba mózg zrobił się po prostu strasznie przewrażliwiony na wszystkie tony. Mija godzina po piętnastej i wszyscy pracownicy biura powoli zbierają się do wyjścia. Co za akustyczna masakra: wszyscy pakują swoje rzeczy do swoich foliowych diabelsko szeleszczących torb, trzaskają kubkami, plastikowymi biurowymi gadżetami- aż muszę ratować głowę rękami od całkowitego oszołomienia.

Przygotowując gorącą herbatę z miodem i cytryną na wieczorową rozgrzewkę zaskakuje mnie intrygujący odgłos krojenia cytryny zębatym nożem i obierania pomarańczy- taki lekko skwierczący odgłos… oj chyba już niemal nic nie ucieknie przed moimi uszami.

W połowie tygodnia po przełączeniu na tryb „T” (funkcja odbierania dźwięków przez cewkę indukcyjną) i nagle zaczyna mi nieustannie wyć. Może to efekt jakiegoś pola magnetycznego- myślę- bo sprzętu u klienta było bez liku. Z drugiej strony tryb „T” w aparacie słuchowym działa bez zarzutu. Postanawiam jeszcze popróbować ten tryb w innych warunkach akustycznych i zobaczę czy problem się będzie powtarzał.

W weekend, tuż po projekcie audytowym, łapię niestety silne przeziębienie i przez co gwałtownie rośnie przewrażliwienie na dźwięki otoczenia. Dźwięki po prostu ciskają mi się do uszu niczym chmara szarańczy. W związku z tym jestem zmuszony wrócić do wcześniejszego słabszego programu gdyż inaczej musiałbym całkowicie odciąć się od cybernetycznych dźwięków. Uszy i mózg muszą cały czas pracować - nie ma mowy o żadnej przerwie :)

niedziela, 14 marca 2010

Pierwsze rehabilitacja w Kajetanach

Tuż po dostrajaniu przyszedł czas na pierwsze ćwiczenia słuchu. Zaczynamy od testu rozpoznawalności dźwięków otoczenia. Z głośników puszczane są różne dźwięki otoczenia a moim zadaniem jest wykazanie mojej interpretacji tych dźwięków wskazując na jeden z 4 obrazków. Próbujemy najpierw na samym implancie, ale wyniki na razie są marne. Praktycznie tylko wysokie tony są namacalne przez sam implant więc szanse rozpoznania dźwięków są raczej znikome. W związku z tym po krótkiej chwili testujemy od nowa na implancie wraz z aparatem słuchowym. Różnica pomiędzy słuchaniem samym implantem a implantem wraz z aparatem słuchowym jest na razie kolosalna. Wręcz mam wrażenie, że implant jakby nie radził sobie samodzielnie i niemal całkowicie się wycisza bez współpracy z aparatem słuchowym. Dopiero z aparatem słuchowym implant jakby się budzi z letargu i ciska całą masą nowych dźwięków – interesujące. Test miał charakter badania postępu rozpoznawalności dźwięków więc wyniki poprawności nie są ujawnianie pacjentowi- zbyt łatwo by wtedy mi szło na następnych badaniach. I wreszcie przechodzimy do ćwiczeń słuchu. Również puszczane są z głośników różne dźwięki otoczenia. Za pierwszym razem bardzo rzadko udaje mi się poprawnie zinterpretować nagrania. Jeśli tak, to już bardziej przez skojarzenia- np. odgłos pociągu- samolotu- samochódu- odkurzacza interpretuję jako po prostu buczenie silnika. Niemniej jednak nieco łatwiej było mi znaleźć różnice w barwie dźwięku pracy silnika. Odróżniam m.in. warkot samolotu od odkurzacza. W pierwszym przypadku to takie mocniejsze dudnienie a w drugim przypadku dosyć jednostajny szum. Wymaga to pewnego treningu i skupienia, aby nauczyć się je odróżniać. Omawiamy także krótko etapy nauki słyszenia. Najpierw mamy etap czystego przyzwyczajania się do nowych dźwięków. W moim przypadku nowe dźwięki przeważnie mieszczą są w obrębie wysokich i średnich częstotliwości i są na początku na tyle intensywne, że potrzebuję nieco czasu, żeby przyjmować je bez oszołomienia- w tym czasie mózg nie jest w stanie w pełni je interpretować (i dlatego właśnie powróciłem do starego programu przed ćwiczeniami słuchu). Gdy już mózg już w miarę spokojnie przyjmuje nowe dźwięki przechodzimy do etapu nauki różnicowania tych dźwięków (to co omówiłem wcześniej). I dopiero po nabyciu umiejętności różnicowania i rozróżniania odpowiednich dźwięków i wpojeniu tego różnicowania (tj, nabycie tzw. pamięci słuchowej) można byłoby pomyśleć o próbie osiągnięcia najwyższemu i zarazem najtrudniejszemu celowi: bezwzrokowe rozumienie mowy. Oj, długa i kręta ta droga… Zostaję puszczony do domu z następującymi zadaniami domowymi: 1) słuchanie z otrzymanej płytki (37 dźwięków do opanowania), 2) czytanie na głos (w tym to już od dłuższego czasu bardzo mi pomaga Filipek przy czytaniu bajek) 3) Słuchanie muzyki (okazuje się, że jeszcze nie pora na słuchanie radia bo to już najwyższa półka) 4) oraz ewentualnie przesłuchanie audiobook’ów.

I czym prędzej biegnę złapać WKD do dworca centralnego w Warszawie. Na peronie spotyka mnie miła niespodzianka z monitorem wyświetlającym informację o usytuowaniu odpowiednich wagonów pomiędzy sektory. Po raz pierwszy w życiu nie biegałem za uciekającym wagonem.Mam tylko olbrzymią nadzieję, że we wkrótce rozpoczynającej się przebudowie dworca w Katowicach nie zabraknie tak wspaniałej pomocy dla niesłyszących. Wreszcie oczekiwany pociąg nadjeżdża, uszy wciąż przyzwyczajone do ćwiczeń automatycznie próbują wychwycić podobieństwa dźwięków do nagrań z rehabilitacji. Nagle jakby ktoś mi chwycił za włosy i pociągnął aż pod sufit- a to tak brzmi „pisk” hamowanych kół pociągu. (w samych aparatach tak jakby zwykłe niezbyt donośne „uuuuuu”).

W drodze powrotnej dla próby słucham tylko hybrydą, i nagle słyszę jakieś jeszcze niezrozumiałe głosy. Pewnie to jakieś komentarze z głośników- myślę sobie mimowolnie- ale te głosy wciąż słychać w nieskończoność- zastanawiające. Włączam więc aparat słuchowy by sprawdzić donośność głosu. Jest zbyt ciche by było z radia. Na wszelki wypadek sprawdzam jeszcze regulator głośności- nic się nie dzieje,a w samych aparatach słyszę tylko jakieś spokojne basy coś w rodzaju jakby wyciszonej muzyki. Przez całą drogę powrotną słyszę rożne odgłosy otoczenia spoza przedziału- nie potrafię ich jeszcze prawidłowo zinterpretować ale chyba nic się już przede mną nie ukryje :)

czwartek, 11 marca 2010

Pierwsze dostrajanie w Kajetanach

W połowie stycznia warunki pogodowe są na tyle spokojne, że mogę pomyśleć o innym środku transportu niż samochód. Sadowię się wygodnie w pociągu i nagle słyszę coś w rodzaju „Pyk-pik, pyk-pik…pyk-pik, pyk-pik,… pyk-pik…” co jest grane?- myślę. Może baterie mi się kończą, z drugiej strony nigdy wcześniej nie słyszałem takich dżwięków… z kolei ostrzeżenie o słabych bateriach pojawia się dokładnie co 14 sekund, a tu pyka bardzo nieregularnie. Z zaciekawieniem podnoszę wzrok znad laptopa nad foteliki kolejowe i uśmiecham się do siebie radośnie, Okazuje się bowiem, że to konduktorzy zawzięcie kasują bilety swoimi kasownikami. Z tego względu iż jestem w wagonie bezprzedziałowym słyszę je przez cały korytarz. Strasznie ostre są te dźwięki jakby ktoś chciał mi zademonstrować tymi metaliczno-plastikowymi dźwiękami tuż przy uchu. Uświadamiam sobie, że zaczynam dość wyraźnie odróżniać metaliczny odgłos od plastikowego, jedynie porcelanowy odgłos wydaje mi się być dosyć zbliżony do metalu.

Ze względu na fakt, iż na pierwszym ustawieniu nie było inżyniera hybrydowego kierują mnie znów do działu implantowego w celu doprecyzowania ustawień. Inżynier hybrydowy po uważnym przesłuchaniu odpowiedzi na pytanie „co słychać” kiwa z zadowoleniem głowę. Okazuje się bowiem, że mam wciąż stosunkowo plastyczny mózg, który chętnie się dopasowuje do nowych warunków akustycznych. Stwierdza również, że jak na pierwsze 2 tygodnie dosyć dużo dźwięków już potrafię interpretować i powiniem stosunkowo szybko uczyć się nowych dźwięków. Zwrócił jednak uwagę, że dosyć komfortowo mi się słucha nowych dźwięków a nie jest to, wbrew pozorom, dobry sygnał. Wynika z tego bowiem, iż nerw słuchowy nie jest wystarczająco mocno pobudzany aby mózg w pełni się uczył nowych wrażeń. Innym słowy, jeżeli się komfortowo słucha to de facto głównie się odbiera dźwięki nadawanych przez aparat słuchowy a impuls tylko lekko podkręca wrażenia słuchowe. Natomiast istotnym jest fakt, żeby stopniowo przenosić ciężar przyjmowania dźwięków z aparatu słuchowego na implant. W związku z tym inżynier znacznie podkręca mi moc impulsów i przygotowuje kolejne 2 coraz mocniejsze programy do zmiany co tydzień- ale fajnie!

I znów uderza mnie korytarzowy harmider po wyjściu z sali implantowej z podkręconym prockiem. Kierując się do działu rehabilitacji decyduję się jednak na powrót do poprzedniego programu (inżynier na wszelki wypadek pozostawia 1 program stanowiący IV program z pierwszego ustawienia). Każda zmiana programu zawsze wiąże się z pewnego rodzaju oszołomieniem przez kilka pierwszych chwil i, moim zdaniem, nie jest to wtedy dobry moment na ćwiczenia słuchowe.

Ze względu na fakt, iż na pierwszym ustawieniu nie było inżyniera hybrydowego kierują mnie znów do działu implantowego w celu doprecyzowania ustawień. Inżynier hybrydowy po uważnym przesłuchaniu odpowiedzi na pytanie „co słychać” kiwa z zadowoleniem głowę. Okazuje się bowiem, że mam wciąż stosunkowo plastyczny mózg, który chętnie się dopasowuje do nowych warunków akustycznych. Stwierdza również, że jak na pierwsze 2 tygodnie dosyć dużo dźwięków już potrafię interpretować i powiniem stosunkowo szybko uczyć się nowych dźwięków. Zwrócił jednak uwagę, że dosyć komfortowo mi się słucha nowych dźwięków a nie jest to, wbrew pozorom, dobry sygnał. Wynika z tego bowiem, iż nerw słuchowy nie jest wystarczająco mocno pobudzany aby mózg w pełni się uczył nowych wrażeń. Innym słowy, jeżeli się komfortowo słucha to de facto głównie się odbiera dźwięki nadawanych przez aparat słuchowy a impuls tylko lekko podkręca wrażenia słuchowe. Natomiast istotnym jest fakt, żeby stopniowo przenosić ciężar przyjmowania dźwięków z aparatu słuchowego na implant. W związku z tym inżynier znacznie podkręca mi moc impulsów i przygotowuje kolejne 2 coraz mocniejsze programy do zmiany co tydzień- ale fajnie!

I znów uderza mnie korytarzowy harmider po wyjściu z sali implantowej z podkręconym prockiem. Kierując się do działu rehabilitacji decyduję się jednak na powrót do poprzedniego programu (inżynier na wszelki wypadek pozostawia 1 program stanowiący IV program z pierwszego ustawienia). Każda zmiana programu zawsze wiąże się z pewnego rodzaju oszołomieniem przez kilka pierwszych chwil i, moim zdaniem, nie jest to wtedy dobry moment na ćwiczenia słuchowe.

piątek, 26 lutego 2010

WEEK 2 (11-17 styczeń 2010)

Poniedziałkowy dzionek zaczynam zgodnie z planem na delegacji w fabryce silników z nowym zespołem audytorskim. Na szczęście większość załogi stanowią kobiety więc szybko się przyzwyczajam do nowej mowy. Rozmowy z klientami także idą raczej dosyć gładko ze względu na wieloletnią współpracę z tą spółka. Już w pierwszych dniach zauważam jednak nieświadomy brak zaufania do własnego słuchu. Chodzi o pewien „konflikt” interpretacji informacji odbieranych wzrokowo (poprzez odczytywanie z ust) i drogą słuchową. Niemal całe życie wzrok był dominującym przekaźnikiem informacji z zewnątrz (wszystko co jest poza zasięgiem wzrokowym jest tajemnicą) a słuch ograniczał się praktycznie tylko do roli wspomagającej. Najprostszy przykład: widzę ściągnięte usta do kształtu, „o” ale bez wspomagania słuchowego można to zinterpretować jako „o” albo „u” bo do tych głosek stosuje się niemal identyczny układ ust. Natomiast przy wspomaganiu słuchowym uszy podpowiadają, czy jest przy tym niski mruczący głos przy „u” czy wysoka zdecydowana samogłoska przy „o” i tą drogą słuch ułatwia odgadnięcie jaka głoska pada z ust rozmówcy. W wyniku przeprowadzonych przeze mnie badań wyszło, iż przy aparatach słuchowych de facto odróżniam tylko 4 typy głosek dźwiękowych przy przeciętnych warunkach akustycznych (wspomniane we wcześniejszych postach) i 5 typów głosek odczytywanych z ust. I tak na podstawie takiej kombinacji staram się odgadnąć przynajmniej kontekst wypowiedzianych wyrażeń przez rozmówcę. Natomiast implant dostarcza kilka nowych podpowiedzi (m.in. bardzo wyraźne „ą” i „ę”) i przez co od czasu do czasu nieświadomie ucho wyłapuje pełne słowa ale ze względu na wypracowany już mechanizm rozumienia mózg wciąż nie traktuje poważnie informacji odbieranych tylko słuchowo i czasem dopiero po kilku chwilach się orientuję, że uszy prawidłowo zinterpretowały niektóre słowa i muszę na nowo poukładać w głowie całą treść przekazaną przez rozmówcę w celu przeanalizowania kontekstu wypowiedzi :)

Przerabiam dużo danych finansowych elektronicznie więc mam nieco spokoju z szelestami papierów i mogę się maksymalnie skupić na pracy. W czasie audytu pada mnóstwo angielskich specjalistycznych zwrotek takie jak „retrospective price adjustment” czy „warranty accrual”. Fajnie się ich słucha angielskich słówek zwłaszcza te angielskie głoski takie jak „aj” przy „price” są łatwe w odbiorze. Nowe wrażenia słuchowe ułatwiają mi też kontrolę własnej wymowy angielskich słówek.

I wreszcie pod koniec roboczego tygodnia klapię na kanapę padnięty zarówno od armagedonu akustycznego jak i wysokimi obrotami na delegacji i wpadam przypadkiem na słynny serial „Alternatywy 4”. Napisy dla niesłyszących się nieco opóźniały więc mogłem na bieżąco sprawdzać ile zrozumiałem z dialogów. Aktorzy mówią bardzo spokojnie i wyraźnie więc sporo udaje się automatycznie odczytać z ust. Niemniej jednak implant coraz częściej mi podpowiada. Zauważyłem przy tym jak niewiarygodnie dużo tekstu się obcina i przekształca w napisach a przecież cały urok leży właśnie w m.in. w stosowaniu takich wyrażeń. Przykład: pamiętam taką scenę z „Parszywej dwunastki” gdzie rozdają niezbyt smakowicie wyglądające zupy żołnierzom i jeden z żołnierzy w odpowiedzi na pytanie towarzyszy „I jak?” mówi „Chyba w coś wdepnąłem.” a napisy pokazały coś w rodzaju „Niedobre” i kropka … mieszanina radości i smutku. Wygląda na to, że będę musiał zrobić przyśpieszony kurs na słuchanie, zwłaszcza iż ostatnio TVP wstrzymało emisję napisów w ulubionym dzienniku „Teleekspress” :( (Więcej info tutaj: http://www.onsi.pl/info,2235.html)

Zaczynam powolutku słyszeć na same implantowane ucho. Najbardziej słychać samogłoski (przeważnie samogłoskę „a”) reszta głosek jest bardzo cichutka. W piątek implant nieoczekiwanie nabiera mocy, pomimo że nic nie ruszałem w procku, a może to moje ucho staje się bardziej wyczulone… kto wie? W sobotę rano przełączam się na III program, i pomimo iż znajdowałem się w stosunkowo spokojnym otoczeniu, o mało co nie dałem się znokautować wzmocnieniami … teraz to już prawie mogę porównać wrażenia do wspomnianego wcześniej teledysku „Equilibrium”. Moc zaskakuje, zwłaszcza iż II program również dał niezłego kopa i przyzwyczajałem się do niego ponad 1,5 tygodnia. Oczywiście potęga ciekawości nie pozwala ani myśleć o powrocie do starego programu i zmuszam mózg do przyjęcia nowych wyzwań :)

czwartek, 25 lutego 2010

Pierwszy weekend + nieco o baterii

Według planu inżyniera przełączenie na drugi program ma nastąpić dopiero po tygodniu, niemniej jednak decyduję się przełączyć już w piątek z dwóch powodów: po pierwsze, tydzień po podłączeniu przypadłby na dzień kiedy mam delegację i wolałbym przyzwyczajać się do nowych mocniejszych wrażeń w spokojniejszych warunkach, a po drugie, już zdążyłem się powoli przyzwyczajać do pierwszego programu i zżerała mnie już ciekawość wrażeń na kolejnych programach :) Kolejny program nadaje tak mocne impulsy, że głowa potrzebuję znacznie więcej czasu aby wrócić na swoje miejsce :) Praktycznie zawsze po przełączeniu jest pewien etap samego przyzwyczajania się do nowych wrażeń i dopiero po jakimś czasie gdy mózg nieco się oswaja z nowymi impulsami elektrycznymi poznaje się nowe dźwięki. W sobotę kończy mi się druga seria baterii. Baterie Acoustic Extra Advanced wytrzymują w granicach 40-50 godzin ciągłej pracy (co daje przeciętnie 3,5 dni kalendarzowych) Patrząc na inne wypowiedzi użytkowników implantów wygląda na to, że taki jest standardowy okres użytkowania baterii i dodatkowe obciążenie akustyczne przez wkładkę raczej nie ma istotnego wpływu na długość działania baterii (wymiana jednej baterii co 2 tygodnie w samym aparacie to jak nic w porównaniu z wymianą 3 baterii co 3-4 dni). Jeszcze na rynku występuje Rayovac Cochlear, który zgodnie z deklaracjami sprzedawcy cechują się dłuższym działaniem o 30%. Na chwilę obecną cena jest wyższa o 40% od Extra Advanced- czyli przeprowadzając prosty rachunek- za komfort rzadszej wymiany baterii (o 1 dzień później) trzeba by dopłacić ok. 9 zł za 60 sztuk. 60 sztuk starczy średnio na 2 miesiące z kawałkiem- co ostatecznie daje dodatkowe 4 zł na miesiąc. W sumie to nieźle- prawdopodobnie przy następnym zamówieniu zdecyduję się na typ Cochlear w celu przetestowania ich mocy. Na weekend planuję nieco wyciszenia, większość czasu spędzam w domu i u rodziców. Przy rodzinnym stole zauważam, iż znacznie trudniej się rozumie ojca z bardzo niskim basowym głosem- trochę to mnie zaskakuje, bo przed implantowaniem było zupełnie na odwrót. Możliwie, że mózg już tak mocno się przyzwyczaił do nowych wysokich tonów, że mózg dziwnie się czuł przy samych basowych głosach :) Także inne osoby zaimplantowane w podobny sposób się wypowiadały… mam nadzieję, że po przyzwyczajeniu się nie będzie tak źle- czas wszystko pokaże :)

niedziela, 14 lutego 2010

Pierwszy implantowy tydzień

Ani się obejrzałem i miesiąc zleciał jak z bicza strzelił. Życie nabrało takiego tempa a wrażeń przy tym tyle, że hoho. Brakło czasu nawet na porządny sen i dopiero jak kurz po akustycznym tornado nieco opadł- udaje mi się znaleźć małą chwilkę by przerobić spisane w biegu „chusteczkowe” notatki na blog’owy tekst :)

Po porannym implantowym przywitaniu najwyższy czas zwiedzić niemal już zapomniane progi biurowca i stawić czoła niezliczonym ciekawskim pytaniom kolegów z pracy ;) Rozmowa z kolegami przychodzi mi z trudem, ale nie ze strony słuchania tylko w… mówieniu gdyż nie poznaję własnego głosu :) Przede wszystkim uderzają te zupełnie nowe wysokie tony. Mózg się czuje obco z nowymi dźwiękami własnej mowy i przez co samokontrola mowy ulega komplikacji- po prostu czasem mnie zatyka przy wymawianiu wysokich tonów :) Muszę się mocniej koncentrować aby płynnie wymówić pełne zdania. Trochę to nawet pomaga bo z powodu niecierpliwej natury i szybko przebiegających myśli moja mowa jest zdecydowanie za szybka :)

Zasiadam za biurkiem, włączam laptopek i biorę się do codziennego wertowania specjalistycznych pism… oj, po każdorazowym przewróceniu kartek muszę nieco odetchnąć… to szelest papieru jest tak intensywny niczym dźwiękowe armagedon :) Aż się boję, co się będzie działo w przyszłym tygodniu na delegacji u klienta gdzie przeważnie się weryfikuje całą masę papierków :) Na szczęście mam lekkie klawisze w laptopku więc klikanie idzie spokojnie (na co zwracała uwagę kilkakrotnie cyborg na ci.hell.pl) i czym prędzej rozkręcam się w robocie.

W ciągu tygodnia czasu do czasu podsłuchuję rozmowy innych pracowników ale wciąż ciężko cokolwiek zrozumieć bez patrzenia w twarze w rozmówców. Staram się aktywnie uczestniczyć na wszelkich lunchowych spotkaniach w celu zapewnienia maksymalnego treningu słuchowego. Dodatkowo słucham różnego rodzaju muzyki przez cewkę indukcyjną podłączoną do laptopa (tryb „T”) Dopiero w muzyce dostrzegam przyjemniejsze strony wysokich tonów- zwłaszcza te niesamowicie relaksujące nuty płynące z pianina i gitary. Inne instrumenty (m.in. skrzypce) w dalszym ciągu są raczej ostre i niezbyt przyjemne- ale myślę, że to kwestia przyzwyczajenia (lub inaczej: odpowiedniego przeprogramowania mózgu ;)

Najmocniejsze nowe wrażenia słuchowe: łyżeczka vs. kubek- aż zęby mi dzwonią i ręką jak automatem mieszam kawkę bez stukania. Dzwonienie kluczy- 3x mniejsze tempo przekręcania. Mielenie kawy w ekspresie- o mało co mi uszy nie odpadają. Odkładanie słuchawki telefonu stacjonarnego przez pracowników- jakby walili mi słuchawką prosto w głowę ;) Bombardowanie dywanowe dźwięków przy segregowaniu odpadów: 4 wielkie worki plastików, wielkich kartonów papieru, szkła i puszek uzbieranych w ciągu ostatniego miesiąca w garażu- może niekoniecznie rozkosz muzyczna, ale jaki miód w duszy od nowych wrażeń :)

środa, 27 stycznia 2010

Pierwszy implantowy poranek

Włączam implant przy pośpiewującym sobie wesoło synku… i rady włączania implantu w spokojnym otoczeniu akustycznym okazały się niezwykle trafne. To prawie jakby wyrwali mnie z błogiego snu prosto na środek ruchliwego paryskiego placu de Gaulle'a. To rodzaj oszołomienia- jakby lodowaty dreszczyk przechodził przez każdą szarą komórkę. W zasadzie tak się dzieje przy każdym uruchomieniu i co zrozumiałem z wypowiedzi innych implantowiczów- ten dziwny początek raczej nie przechodzi. Ale w zasadzie to i nic dziwnego- to jakby kazać świeżo wybudzonemu człowiekowi powiedzieć natychmiast za jednym zamachem „Jola lojalna Jola nielojalna” ;) Na szczęście mózg szybko się przyzwyczaja i w po kilku minutach mętlik szybko przechodzi.

Wrażenia te zostały świetnie przedstawione w poniższym teledysku:



Nie jest to w żadnym wypadku bolesne ale wrażenia rzeczywiście mogą być tak intensywne jeżeli się włączy implant w hałaśliwym otoczeniu. W zasadzie także podpisuję się pod tym co powiedział Michael Chorost w przetłumaczeniu na polski w blogu ci.hell.pl pod tytułem „Różności”. Czekam tylko na takie zakończenie jak z ww. teledysku :)

piątek, 22 stycznia 2010

Day 1 – Wyjście z kliniki

4 stycznia: Już po wszystkim… czas wracać na stare śmieci. Wsiadam za kółko i czym prędzej włączam radio i przesłuchuję go uważnie przez całą drogę. Muzyczka nie daje zbyt mocnych nowych wrażeń, więc cały czas przestawiam kanały na jakieś gadanka by poddać mój mózg maksymalnej próbie. Nie jestem moherem ale chyba najdłużej siedziałem na radiu Maryja bo było najwięcej gadania a najmniej śpiewania ;) Wrażenia słuchowe dosyć mocne- ale jak wspomniałem wysokie dźwięki nie wywołują zawrotów głowy (stąd wolę określać je jako „mętlik”) więc zupełnie mi to nie przeszkadzało w prowadzeniu samochodu. Rzecz jasna jeszcze nic nie rozumiałem z radia. Aktualnie wszystko, co jest poza zasięgiem wzrokowym jest dla mnie tajemnicą- większość informacji odbieram drogą wzrokową a aparaty słuchowe odgrywają role jedynie wspomagającą- mechanizm ten jest tak skomplikowany, że mój wykład omawiający ten mechanizm składa się z 70 slajdów i potrzebuję co najmniej godziny aby dokładnie to wyjaśnić słuchaczom więc nie będę teraz się rozpisywać na ten temat ;)

Mniej więcej w połowie drogi postanawiam zrobić sobie mała przerwę na stacji benzynowej i zamawiam podwójną mocną czarną. Nagle coś niczym bomba z piorunami rozsadza moją głowę od wewnątrz. Jak tylko moja głowa wróciła na miejsce, podnoszę wzrok znad lady i okazuje się, że to barmanka strzepywała zużyte zmielone ziarenka kawy z podajnika nie oszczędzając na sile. A ponieważ zarówno kosz na śmieci jak i ten podajnik był metalowy… po raz pierwszy w życiu w mojej głowie zagościł metaliczny dźwięk (który jeszcze tyyyle razy będzie mnie później prześladowywać…:) a barmanka zapewniła mi tego pierwszego wrażenia w całkiem donośnej postaci :)

I tak oszołomiony z kubkiem kawy w ręku wracam do samochodu. Zauważam kolejną istotną zmianę- uderzenie plastiku o plastik (np. zamykając klapę na gadżety w samochodzie)- i te dźwięki także sieją spustoszenie w głowie- są to niezwykle ostre dźwięki jakby mi ktoś skrobał od wewnątrz metalowym prętem o blaszaną czaszkę- fascynujące.

I po „spokojnej” drodze pełnej wrażeń ściskam się mocno z żonka i synkiem. Synuś od razu zauważa zmianę za uchem, na szczęście podchodzi do procka ostrożnie ograniczając się do pokazywania paluszkiem mówiąc „aparat, aparat piszczy” :) Odkrywam momentalnie już nowe głoski nadawane przez procek- „ą” i „ę”- na tyle znacznie się wyróżniły od innych głosek, że nie mam wątpliwości co do ich brzmienia, zwłaszcza z ust synusia :) W aparacie słuchowym rozpoznaję praktycznie głoski tylko typu „A”, „SZ”, „P”, „M” nie licząc „spontanicznie” wychwyconych głosek przy rozmowie- to także skomplikowana sprawa- dla zainteresowanych zapraszam na moje wykłady ;). Nowe wrażenia: krzyki protestu synusia- niczym wkręcanie śruby do mózgu- aparaty zwykle mają reduktor hałasu więc do tej pory te hałasy ścinały. Słyszenie bąbelek w czajniku na wodę (w aparacie były to zwyczajne buczenie). Dzwonienie porcelany i sztućców zwala mnie dosłownie z nóg. Za to plusk wody kąpiącego się Filipka daje tyle akustycznej frajdy :)

I wreszcie nauczyłem się cicho przełączać pstryczki do lamp i naciskać na klamki. Aparaty generalnie wyciszały te hałasy i przez co nie zdając sobie sprawy z konsekwencji akustycznych przełączałem pstryczki i naciskałem na klamki najbardziej efektywnie (tj. głośno- nierzadko także nieświadomie trzaskając drzwiami). Teraz wyraźnie słychać wszystkie pracujące mechanizmy za pstryczkami i klamkami. Ach, moja kochana żona będzie teraz przeszczęśliwa bo jestem dość skrajnym „nocnym markiem” a nieraz w przeszłości nie udawało mi się po cichu zakraść się do łóżka bez jej obudzenia :)

wtorek, 19 stycznia 2010

Day 1- Wyjście na świat...

W zasadzie to spodziewałem się właśnie takich wrażeń i ostrożnie nie oczekiwałem zbyt wielu niespodzianek przy podłączeniu (dzięki nieocenionemu blogowi na ci.hell.pl- dzięki ci wielkie cyborg’u :) Inżynier również uprzedza o różnych efektach implantowaniu- tak jak cyborgowi opowiada mi o kłuciu w głowie u 18 latki zanim po pół roku pojawiły się pierwsze wrażenia słuchowe. Na „do widzenia” inżynier instaluje mi 4 programy do mojej hybrydy z coraz mocniejszymi impulsami (do zmiany co tydzień)- zaczynając od słabych (oceniając z dzisiejszego punktu widzenia- wręcz symbolicznych :) impulsów. Zauważam również, iż ustawienia na aparat słuchowy również są ostrożnie ustawione (widać ustawienia gdyż, w przeciwieństwie do części implantowej, ustawia się je ręcznie małą śrubką regulując odpowiednio pokrętła jak w starszych modelach aparatów słuchowych- patrz zdjęcie poniżej- zielona i niebieska kropka widoczna za klapką to jedne z 4 pokręteł) - przez co niemal żadne dźwięki nie „wchodzą” przez wkładkę. Na razie wydaje się to być dla mnie akceptowalne gdyż mogę się maksymalnie skoncentrować na cybernetycznych dźwiękach.



I tak z uruchomioną machiną cybernetyczną wychodzę na korytarz… od razu uderza „pogłosowy” harmider „korytarzowej” atmosfery (głównie za sprawką zaciekawionych wszystkim dzieciaków :) – „pogłosowy” gdyż te wszystkie głośne wysokie głosy są ledwo namacalne w postaci mętlika w głowie. Przychodzi czas na kolejny miniwykład nt. obsługi technicznej implantu zewnętrznego. Tym razem jestem tylko z osobami z Opus’ami 2. Ponieważ w czasie przerw zdążyłem już dokładnie przeczytać cała instrukcję obsługi (co zalecali na pierwszym wykładzie)- już mi się nieco nudziło bo wykład był w zasadzie w większości czasu powtórzeniem instrukcji (przydały się za to informacje o ubezpieczeniu implantu i zachowaniu w ekstremalnych warunkach- bramki lotnicze, sport etc.). „Bawiłem” się więc słuchaniem i starałem się maksymalnie wyciągnąć coś z hybrydy. Sam wykład niewiele dał wrażeń słuchowych więc narasta we mnie trochę obaw czy cewka jest dobrze wprowadzona (zdarzają się ponoć rzadkie przypadki, iż cewka się trochę „zsuwa” i nadawane impulsy są gorzej odbierane przez nerwy). Po wykładzie przy chowaniu materiałów do plecaka nagle niczym chmara elektrycznych kuleczek coś uderza do głowy… a to szelest papieru taki ostry. Tak samo brzęk gumki okalającej teczkę na papiery niemal wytraca mnie z równowagi… to chyba dobry znak :)

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Day 1- Podróży... CZAS NA START!

4 stycznia: Jeszcze w czasie przerwy z ciekawości próbuje przyłożyć magnes do głowy i nic się nie dzieje- pewnie wymagane są baterie- myślę. Ale okazałem się po prostu gruboskórnym (w dosłownym tego słowa znaczeniu ;) i trza było podmienić magnes na mocniejszy. No to teraz podłączają mnie na razie samym kablem do komputera niczym w Matrixie ;) Dreszczyk przechodzi mi przez plecy czując zimny magnes solidnie przylegający do skóry tuż za uchem… No i wreszcie „wstępny” inżynier (nie ma jeszcze „mojego” specjalisty od hybryd, żeby wszystko idealnie ustawić ale i tak jest OK.- ważne, żeby ucho już stawiło czoło z nowymi cybernetycznymi dźwiękami- hybrydowy inżynier ma być na następnym spotkaniu) przegląda wszystkie papierki z badań słuchowych, prosi o małą chwilkę na ustawienia w komputerze… i nagle bacznie się mi przygląda w milczeniu. „Czujesz coś?” – pyta po chwili. Przymykam oczy i odpowiadam z sercem w gardle „nic, tylko cisza…”- mówię. „A jak teraz?”- pyta ponownie…

Powoli, jakby z głębi mózgu, narasta mi mętlik w głowie, ciężko to nawet określić jako zawroty głowy bo nie tracę przy tym równowagi- można by to porównać do gwałtownego wejścia do lodowatej wody tuż po godzinnym pobyciu w saunie fińskiej. Pojawia się lekkie mrowienie za uchem i dwa razy zdarza mi się elektryzować końcówka języka (identycznie jak po przyłożeniu płaskiej baterii - na szczęście później już nie pojawiają się takie wrażenia :). Jakby informacje zainicjowane przez impulsy elektryczne nie potrafiły znaleźć swojego miejsca w mózgu i niczym piłki ping-pongowe obijały się od ścianek czaszki z prędkością światła i ginęły bezpowrotnie w nieznanych zakamarkach szarych komórek nie doczekując się prawidłowej interpretacji.

Inżynier puszcza kolejne próbne serie impulsów, raz słabsze, raz mocniejsze- w zasadzie nic nie czuję poza tym mętlikiem w głowie- raz większa wirówka, raz mniejsza. Dopiero przy współpracy z aparatem słuchowym implant pokazuje swoje „prawdziwe” oblicze. To tak jakby te piłeczki ping-pongowe nagle zobaczyły strumień dźwięków dopływających z aparatów słuchowych płynących do prawidłowej części mózgu odpowiadającej za interpretowanie dźwięków i czym prędzej dołączały się do tych strumieni podkręcając niektóre wysokie tony czy nabierając wyrazistości- czasem nawet całkiem przekręcając niektóre głoski do góry nogami… hmmm- myślę- czyli to takie wyzwania dźwiękowe będą na mnie czekać? Całkiem, całkiem interesujące. Z czystą przyjemnością przyjmuję wyzwanie! :)

niedziela, 17 stycznia 2010

Day 1- przygotowania do podłączenia...

4 stycznia: Na zewnątrz wciąż, jak trafnie określił mój półtoraroczy synuś: „huhuha, zima zła!” więc niestety w dalszym ciągu nie można polegać na punktualność pociągów i wybieram się znów samochodem- dzień wcześniej- bo hospitalizacja zaczyna się z samego rana. Nocuję w „stajni” ulokowanej koło kliniki (to taki hotel i stajnia w jednym- faktycznie nocuje się w jednym budynku wraz z końmi, na szczęście nie w tych samych pokojach ;) Noc znów spędzona z burzą myśli co mnie czeka następnego dnia…

Hospitalizacja zaczyna się od krótkiej konsultacji medycznej gdzie również otrzymuje się szczegółowy plan badań, konsultacji i wreszcie samego podłączenia. Pierwszy punkt z planu to wstępna konsultacja w postaci mini-wykładu dla wszystkich obecnych zaimplantowanych (7 osób). Krótko omawia się funkcjonowanie wewnętrznej części implantu. Niektórzy dorośli zaimplantowani zaskakują całą masą pytań, które powinno się zadać już dawno zanim powie się „tak”… Jak dla mnie jest rzeczą raczej dosyć oczywistą, żeby dowiedzieć się wszystkiego o implancie zanim dać się pokroić. Stosunkowo wiele można dowiedzieć się z internetu i blogów zaimplantowanych… ale coź, mimo wszystko znoszę pytania cierpliwie i w milczeniu. Następnie omawia się szybko etapy rehabilitacji i częstotliwość wizyt w Kajetanach (pierwsze 2 wizyty co 2 tygodnie a potem co 1 miesiąc przez kolejny rok). W końcu wszyscy dostają swoje upragnione pudełka :) Rozdają cztery olbrzymie pudełka z Freedom’ami (głównie dla dzieci), dwa nieco mniejsze pudełka z Opus2’ami dla dwójki dorosłych i wreszcie pudełko z Duet2’em dla mnie wielkości… pudełka na kapcie :( Po otwarciu mojego pudełka okazuje się, że jest w nim praktycznie tylko sam implant, no i może mały plastikowy śrubokręt i szczoteczka. Jestem trochę rozczarowany brakiem dodatkowych akcesoriów gdyż potem dużo się mówi o konserwacji implantów (za pomocą właśnie dołączonych do innych modeli akcesoriów), a ja, do diabła, czym mam konserwować mój procek (popularne określenie na procesora)??? Freedom wręcz oczarowuje swoimi gadżetami do konserwacji, możliwościami dołączania rożnych elementów do procka itp. Z kolei Med.-el zaczął dodatkowo standardowo dołączać do Opus’ów2 trzy akumulatory do implantów wraz z ładowarką, na co także po cichu liczyłem. Inżynierowie tłumaczą, że mój procek Duet2 jest stosunkowo nowym produktem i nieco odmiennym konstrukcyjne od Opus’ów co spowodowało, że żadne gadżety z Opus’ów2 nie pasują do Duet’a2. Jednak obiecują, że spróbują ściągnąć dla mnie przynajmniej akcesoria do konserwacji. Myślę, że jakoś przeżyję- zwłaszcza, iż mam wszystko co najważniejsze- czyli sam procek ;).

Przyszedł czas na mielenie mojego mózgu różnymi badaniami słuchu z aparatu słuchowego. Wykonywane są po to, by inżynierowie mieli jakiś punkt wyjściowy przy ustawieniach procka. Oprócz standardowych badań na wrażliwość słuchu na różne częstotliwości, bada się także stopień rozumienia ze słuchu. Już na start uprzedzam o moim niemal zerowym rozumieniu z samego słuchu ale mimo wszystko próbujemy. Z głośników puszczane są różne wyrazy dwusylabowe- słyszę praktycznie tylko coś w stylu „ba” czy „bu”. Po kilku słowach rezygnujemy ale i tak rehabilitantka jest zadowolona, że chociaż próbowałem określić to co mniej więcej słyszę ;) I wreszcie, po popołudniu, stoję pod drzwiami nr D14, za którymi będą na mnie czekać pierwsze cybernetyczne wrażenia… :)